Liście w Teksasie nie mają warunków na butwienie. Ledwie trochę zmokną, już kolejna, szybka fala ciepła suszy je na wiór, w trymiga czyni z nich bezwonne teksaskie potpourri. Nie to co w Polsce. Liście marynują się całymi tygodniami: a to w pokapującym deszczu, a to w wilgotnych, pochmurnych dniach między jedną mżawką a drugą. Po wielokrotnych zmianach koloru wreszcie osiągają docelowy odcień: śliwkowych powideł. Zapach tylko niespożywczy, kliniczny: permanentnie niewyschniętych akwareli nałożonych jedna na drugą, zespolonych, cieknących burą farbą i treścią. Gdy wreszcie przyjdzie zima, taka uczciwa, z temperaturami poniżej zera, zacznie się długi proces zamrażania i rozmrażania powideł, aż wreszcie pochłonie je łasa na słodycze ziemia
Lublana
Słowenia
wojaże
Miguel zaprasza nas na mszę do św. Jakuba, jednego z najstarszych kościołów w mieście, dwie minuty od rzeki. W listopadzie obchodzono w nim czterysetletnie urodziny parafii. Raz w miesiącu ojciec Rafael z hiszpańskiej Galicji prowadzi w barokowym wnętrzu mszę dla małej argentyńskiej diaspory mieszkającej w Lublanie. Trudno mi go zrozumieć, bo nie dość, że sepleni przy niektórych głoskach, jak przystało na Galicyjczyka, to jeszcze nie trafia w mikrofon. Jego głos rozmywa się w akustycznych murach kościoła jak niewyraźny szept. Ratuje mnie jedynie tekst liturgii, wyświetlany na cyfrowym wyświetlaczu na białej ścianie po prawej stronie ołtarza - i ciche głosy wokół mnie, odpowiadające rytmicznie kapłanowi.
historie prawdziwe
Ślub był huczny. Matka pana młodego wydała na ten szczytny cel wszystkie swoje skromne oszczędności i kilka przyszłych rent, żeby nie stracić twarzy. Wesele wyprawiono w małym miasteczku niedaleko San Antonio, o egzotycznej niemieckiej nazwie. W XIX wieku osiedlali się w tych stronach emigranci, a teraz urokliwa architektura zaspanych zabudowań nakręca biznes turystyczny: w małych drewnianych domkach otwierają się hipsterskie hotele, butiki, ekskluzywne spożywczaki z miodem, mydłem i olejami lokalnej produkcji, restauracje, a także sklepy z antykami i różnorodnym artystycznym fiu-bździu. Większość tych przedsiębiorstw otwiera podwoje jedynie w sezonie turystycznym, bo Amerykanie tradycyjnie bardzo się starają, aby ich święte prawa wolnego rynku chroniły rozwój tylko wielkich korporacji; zwiedzanie małych przedsiębiorstw staje się więc coraz częściej li i jedynie atrakcją dla znudzonych wielkimi markami turystów.
Lublana
Słowenia
wojaże
Z nosem na szybie taksówki przyglądam się, jak ogrodnik montuje ozdobne zielone kule rosnące w donicach przed hotelem. Dzień jest pochmurny; ogrodnik także. Zaabsorbowany jest swoimi kulami, przygląda się im zza grubych okularów; poza podłużnym gruboziarnistym klombem nie ma dla niego świata. Nie wiedziałam, że te kule są puste w środku; że okrągłe, wiecznie zielone listki ostrokrzewu rosną na solidnych łupinach przypominających zdekonstruowane astrolabium. Ogrodnik ma chyba trudności z przymocowaniem jednej półkuli do drugiej. Próbuje różnych kątów nacisku; kręci głową, stęka. Wokół niego, na wąskiej ulicy, parkują taksówki, samochody, hotelowi goście taszczą walizy, ciągną trzeszczące metalowe wózki, z których zwisają garnitury i płaszcze.
firmowe rozkminki
Kupiłam je w podwarszawskim outlecie. Ceny nie pamiętam, ale znając siebie, nie mogła być zbyt wygórowana. Nie pamiętam też marki. Powinnam była zapisać i ślubować wierność. Meldować się co pięć lat i kupować to samo, bo dobre. Choć być może w obecnych czasach to już niemożliwe. Modowe koło fortuny kręci się dalej: sześć lat później, szukam podobnego fasonu i kręcę nosem. Białe podeszwy, psiakrew. Skórka cienka jak plastik: nie znoszę tego lateksowego efektu. Na złączeniach widzę rozmazany smark kleju. Czy to-to się nie rozleci, gdy się z nim kilka razy przebiegnę po mieście?
(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).
(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).
Lublana
Słowenia
wojaże
„Fajnie byłoby opublikować te zdjęcia, zanim się kompletnie zdezaktualizują...” - pomyślałam, kiedy dostałam te zdjęcia od brata na początku listopada, podczas ostatnich barwnych podrygów jesieni.
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


