O jak open range

poniedziałek, 18 lipca 2016

Kolejny termin, którego zdecydowałam się w Teksaskim Paszporcie nie tłumaczyć, choć byłoby to akurat w tym przypadku stosunkowo łatwe. Na szybko, bez przeglądania literatury powiązanej, mógłby być to po polsku „wolny wypas”. Z tym, że… w języku polskim staje się to natychmiast termin wąski, techniczny, nieprzyjemnie hodowlany i nadal nie do końca trafny. Tymczasem range ma po angielsku cały wachlarz (= range!) znaczeń: sygnalizuje jakąkolwiek przestrzeń otwartą bądź nie, a także przestrzeń metaforyczną w sensie zakresu, przekroju i możliwości. Open range jest więc terminem stricte związanym z amerykańską mitologią. Według niej Stany Zjednoczone to kraj, w którym wszystko jest możliwe, kraj wolny i w swojej wolności wyjątkowy. Na blogu wypominam czasem Ameryce ten samozachwyt dość zgryźliwie. Ale moje wypominki nie zmieniają faktu, że ta wiara to poczesny element amerykańskiej kultury, stały rys amerykańskiego autoportretu i miara, jaką przykładają Amerykanie do innych „starych” kultur. 

Znak drogowy informujących o tym, że wjeżdżamy na teren, na którym obowiązuje wolny wypas bydła, tzn. mogą bezkarnie wchodzić nam na drogę.  Tu w Arizonie. By User:$1LENCE D00600D, CC BY-SA 3.0. Źródło

dziewięć miesięcy w Bronxie

niedziela, 10 lipca 2016

Jak rodzi się dzieci w Ameryce? Jak wygląda dzieciństwo w Ameryce? Właśnie nie tak fajnie. To znaczy, pewnie znośnie, jeśli płaci się 1500 dolarów miesięcznie za ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli matki nie stać na taką albo zbliżoną sumę, a na dodatek jest czarna albo brązowa i mieszka w jakimś miejscu złym, na przykład w Bronxie, to i ona, i dziecko są już częścią statystyki. Kilka lat temu BBC opublikowało zatrważający raport na temat śmiertelności niemowląt i dzieci w Stanach Zjednoczonych. Nie chodziło o przyczyny naturalne, ale o zaniedbanie, znęcanie się i wreszcie dzieciobójstwo. Na 100 tys. dzieci, 2.4 śmierci wskutek przemocy w rodzinie: najwięcej z krajów tak zwanych rozwiniętych, ponad dwa razy więcej niż w Wielkiej Brytanii, Niemczech albo Japonii. Teksas przoduje na tym tle dość niechlubnie: wskaźnik wynosi ponad 4 śmierci. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zginęło więc w swoich domach cztery razy więcej dzieci, niż żołnierzy amerykańskich w Afganistanie i Iraku. Połowa zmarłych nie ukończyła nawet pierwszego roku życia.

Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Nine months in the Bronx

szukajcie najpierw Królestwa

poniedziałek, 4 lipca 2016

Z Denisem Johnsonem mam problem. Przeczytałam trzy książki i nadal nie wiem, czego po nim oczekiwać. Czasem pisze szczerze i dotkliwie, czasem popisuje się grafomaństwem: przeskakuję całe sekcje i obiecuję sobie, że nigdy więcej. A jednak. Facet potrafi uwieść. Jego książka Jesus’ Son doczekała się ekranizacji i faktycznie wydała mi się najlepsza, najuczciwsza. Może dlatego, że oparta jest na doświadczeniach autora: Johnson przeżył swoje lata dwudzieste na haju i w oparach alkoholu, zanim wreszcie wrócił do domu rodziców i wyczołgał się, mozolnie, na względną prostą. Jesus’ Son – której tytuł wzięty jest ze słów do Heroiny Velvet Undergroundu – to książka świetna: zdawkowa i absurdalna, urywana i chaotyczna jak faktyczny ćpuński żywot. Straszna bez krzty dydaktyzmu. Tym razem jednak nie będzie o niej, ale o zbiorze esejów Seek: Reports from the Edges of America and Beyond. 

wsiąść do samolotu byle jakiego

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Nie wierzę czasem, w co ja wierzę. W ludzką inteligencję, w ludzką empatię, w to, że nikt nie jest oszołomem permanentnie i z zamiłowania, że wreszcie każdy dorasta i zaniechuje dziecinnych spraw. Ten miesiąc porządnie te mrzonki podtopił. Jeszcze wierzgają, ale płuca już pełne wody, i krwi.

Najpierw było nieszczęsne Orlando. Nieszczęsne tylko dla ofiar, bo dla mediów i lobbystów istna wyżerka: dostęp do broni, imigranci, domowi terroryści, LGBT, pełen bufet. Potem kolejny (który już?) projekt ustawy o ograniczeniu dostępu do broni palnej, umarł w amerykańskim kongresie. Co znaczy, że kiedy wsiadam do samolotu, zabiorą nawet wsuwkę do włosów, jeśli jest długa i ostra, ale jeśli jestem na liście podejrzanych o zapędy terrorystyczne, mam schizofrenię albo manię prześladowczą i chcę w spożywczaku kupić broń, to bardzo proszę. Zresztą, tu nie było akurat żadnego zaskoczenia: republikanie siedzą w kieszeni NRA (narodowe stowarzyszenie ds. broni palnej) i trudno wymagać, by działali przeciwko swoim sponsorom – proste. Dobiła mnie jednak wieść inna: prowizoryczna reforma Obamy w sprawie nielegalnych imigrantów została zakwestionowana przez Sąd Najwyższy. Co gorsza, to Teksas, pieprzony, zacofany, ograniczony Teksas, który oceniłam, mam wrażenie, tak łaskawie, z taką nadzieją, w tym poście, stanął na czele tych wszystkich republikańskich stanów, które zawlekły sprawę do sądu najwyższej instancji. Krew, krew zalewa mi płuca.

Amerykanie nie mogą przegrać

wtorek, 21 czerwca 2016

Doerrowi udało się w jednym celnym, kilkunastostronicowym opowiadaniu uchwycić fenomen amerykańskiej cywilizacji. Aż chce mi się go kopnąć! Nic tu po mnie, Doerr powiedział już wszystko, i to z taką lekkością, bez dogmatu. Opowiadanie „Fourth of July” (Czwarty lipca: święto niepodległości USA) to humorystyczny opis absurdalnego zakładu między amerykańskimi członkami elitarnego klubu wędkarskiego a ich brytyjskimi kolegami. Trochę karykatura karygodnej amerykańskiej naiwności, trochę metafora nieudolnej polityki zagranicznej, opowiadanie zachwyca przenikliwym humorem i bogactwem przekomicznych, przeautentycznych szczegółów.

W Helsinkach Amerykanie spędzają kilka nocy „pijąc koniak, dzwoniąc do Ameryki i płacąc za to jak za zboże… Pracownikom hotelu zlecają kupno zaopatrzenia na [wyprawę na ryby]: 13 kartonów szwedzkich batoników musli i 36 butelek norweskiej wódki”. W Wilnie „zamawiają w barze czipsy ziemniaczane, które obsługa dostarcza do pokojów w porcelanowych wazach”. Nad Jeziorem Popradskim odkrywają wreszcie „godne miejsce do wędkowania: luksusowy hotel w górach z wypchanym rysiem nad kominkiem, gencjanami w kryształowych wazonach, uśmiechniętymi słowackimi hostessami w białych fartuchach, które prowadzą ich do pokojów wyłożonych dywanami”. Kto miał kiedykolwiek okazję towarzyszyć Amerykanom za granicą, ten natychmiast rozpozna opisy ich Gore-Texowych wdzianek i pielgrzymek do McDonalda. Ale po całym tym śmiechu, jak by nie było, na amerykański koszt, Doerrowi i tak udaje się zakończyć na tryumfalnej nucie: „Nie przegrają, nie mogą przegrać; są Amerykanami, już wygrali”.

nie odstępuj ode mnie

czwartek, 16 czerwca 2016

Zastanawiam się, czy książka Strout mogłaby powstać w Polsce? Bo przepojona jest purytańską duchowością charakterystyczną dla amerykańskiego kontynentu – i być może w większości w Polsce egzotyczną. Ta gorliwa introspekcja, to pilne tropienie w sobie ułomności i grzechu, to ocenianie motywacji każdego czynu i demaskowanie ich jako nieczystych lub po prostu nie tak doskonałych, jak mogłyby być – czy to religijne skupienie nie wydaje się aż patologiczne, aż nerwicowe, zarezerwowane tylko dla tych najświętszych i najbardziej umartwionych? A jednak, im dłużej przebywam z Amerykanami i im dłużej w ich kraju mieszkam, tym bardziej mi się wydaje, że dla wielu ludzi to wewnętrzne zmaganie to etos, norma. Nieważne, czy wierzą ortodoksyjnie czy niezobowiązująco, czy też zupełnie się tej wiary wypierają, Amerykanie mają w sobie coś takiego, co można by nazwać kompleksem Boga: kompleksem czynienia tego, co (wobec Niego) właściwe. Żartuję czasem, że nie ma lepszego miejsca na przeżycie jakiejś życiowej katastrofy niż Stany. Ci ludzie zawsze pomogą, zawsze można liczyć na ich poczucie winy, na to, że gdzieś w środku, niezależnie od wierzeń, niezależnie od przekonań, czują, że mogliby starać się bardziej, żyć lepiej, jeszcze sprawniej oddzielać groch od maku, w jeszcze większej mierze zasłużyć na swój dobry los.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo