Drewniana klatka schodowa, moje obcasy robią wielkie bum bum bum, sąsiadom na pohybel.
Jak ten ogromny perkusyjny kocioł, uderzany nożnym pedałem.
Na dworze w powietrzu wilgoć. Stosunkowo ciepło, kilka stopni. Tylko słońca nie ma. Idę w rozpiętym prochowcu po potłuczonym jeżyckim bruku. Od kamienic pachnie goździkami i gotowaną kapustą z dużymi kulkami jałowca. Gospodynie widać chętnie uchylają lufciki w nabuzowanych, niemożliwie aromatycznych kuchniach. Czyżby już nastawiały kompot z suszu? (Uwielbiam z niego wyjadać falbaniaste małżowiny suszonych gruszek).
Ktoś powiedział o Jeżycach: jądro wszechświata. Jakiś młody człowiek w rurkach, wychodzi sobie na papierosa na kamienny balkon. Opiera się o balustradę, zaciąga się z roztargnieniem, patrzy na trzeszczący tramwaj jadący środkiem ulicy. Starszy mężczyzna z długimi siwymi włosami zebranymi w cienką kitkę, zagubiony w swoim własnym rytmie, idzie wolno przy ścianie kamienicy, patrzy w przestrzeń. Inny zatrzymuje się przy znaku drogowym, żeby wyjąć z kieszeni wielką kraciastą chustkę i z namaszczeniem wydmuchać nos. Wyprzedza mnie jakaś babeczka w tlenionych włosach i kusej puchowej kurteczce; jej kozaczki na cienkim obcasiku ze znawstwem nawigują potłuczony i zasrany bruk; w swój telefon krzyczy: „Ale ile ty dałaś za te karpie? Strasznie dużo, nie oszwabili cię aby?”. Przed przejściem, zamiast przechodzić na pasach, para wychudłych wyrostków w czułym objęciu, przeżywa chwilę swojej małej radości. Ona śmieje się ze szczęścia, patrzy mu w oczy, dotyka jego twarzy. Po prawej stronie mijam piekarnię, w oknie wystawione ciastka francuskie, ptysie, gniazdka, pierniki, biszkopty, muszelki, szneki z glancem i z budyniem żółtym jak żółtko, żonkile i kaczeńce. Przed piekarnią stoi pani w długim, jaskrawoniebieskim, wełnianym płaszczu, w wieku już zaawansowanym, z twarzą pogniecioną jak kłąb bladego materiału, w filuternym mechatym bereciku. W skupieniu maluje sobie usta szminką w kolorze fuksji, korzystając ze swojego odbicia w wystawie. Jest absolutnie zaabsorbowana własnym szykiem. Wydaje mi się to czymś naprawdę pięknym.
[Dean Martin tutaj].

Ale pięknie opisujesz codzienność. Mogłabyś pisać Dziennik Niecodzienny, czytałabym go do porannej kawy i nastrojona Twoją treścią rzucała się w wir mojej codzienności i przeżywała ją nieco inaczej. Fajna ta nasza polska, zwłaszcza przedświąteczna, rzeczywistość, prawda?
OdpowiedzUsuńDzięki, Karolino :) To prawda... Lubię tak magicznie przetwarzać rzeczywistość. U nas jesteśmy już w wirze ostatnich przygotowań :) Wczoraj znowu pierniki, bo sporo ich u nas idzie. Tylko na dworze straszna plucha. Więc trochę niezimowo, ale klimat jest, zwłaszcza że śpimy na strychu, a deszcz jest mocno akustyczny :)
UsuńPozdrawiam Cię serdecznie w ten świąteczny czas!! Dużo wypoczynku i bezcelowego machania nóżką przy kolędach!!
Dziękuję i wzajemnie! Odpoczywaj! Tak wiesz, z przytupem, po polsku :)
Usuńpięknie napisane .. przeniosłem się na chwilę na Jeżyce :^)
OdpowiedzUsuńDzięki, Piotrze... Jeżyce zawsze mnie urzekały... lubię też Wildę i Górczyn, ale chyba Jeżyce zajmują w moim sercu szczególne miejsce... Lubię te stare kamienice i gwar rynku, i sprzedawców skórzanych toreb i rękawiczek, i małe piekarnie, i malutkie sklepy, w których czasem trudno się obrócić, by czegoś nie potrącić: true story :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie w ten świąteczny czas! Smakowitych pierników i pięknej Pasterki!
UsuńWygląda na to - że tu wszystko jest piękne:) Kiedy przyjechałam dawno temu z kamienistej Chorwacji z dymami płonących oliwek i spojrzałam na na nasze bujne pokrzywy to pomyślałam: " O Boże jak tu pięknie. U nas nawet pokrzywy są takie dorodne a tam pusto jak na księżycu:)
OdpowiedzUsuń