świat naprawiam śrubokrętem

poniedziałek, 30 marca 2015

Kto czyta bloga od początku jego istnienia, ten pamięta, że do jego powstania wydatnie przyczynił się ważki problem roztoczy unoszących się w powietrzu i zagadka odkurzacza stojącego przy drzwiach mojego sąsiada. (Dwa miesiące temu doczekałam się wreszcie rozwiązania: ku wielkiemu rozczarowaniu mojego wewnętrznego id, odkurzacz faktycznie okazał się zepsuty. Sąsiad postawił go obok osiedlowego śmietnika, gwałcąc przy tym wyraźny zakaz wyrzucania tam wszelakich sprzętów AGD. Ale cóż: przepisy sobie, a my muzom. Typowe).

Tata poinstruował mnie przez telefon, że mam kupić odkurzacz marki Miele i tylko Miele. Oczywiście, tata ma zawsze rację, ale ja pomyślałam sobie cichaczem, że jasny szlag mnie trafi, jeśli coś jednak stanie się z tym fantastycznym odkurzaczem i będę zmuszona wysłać go do serwisu w innym stanie w wielkiej i kosztownej paczce. „A co ma się stać? Nic się nie stanie” - zapewnił mnie optymistycznie mój rodzic. - „Miele się nie psuje”. Ja jednakowoż celowo kupiłam plastikowe badziewie dostępne w supermarkecie. Recenzje nie były złe, a - ponownie - jeśli coś się stanie, serwis jest na miejscu i w ostateczności nie będzie tak szkoda, jak przy odkurzaczu wartym kilkaset dolarów.

Ja chyba zawsze w moim życiu z takim upodobaniem oczekuję jakiejś tragedii.

Odkurzacz postawiłam w kącie obok niszczarki. (Mężczyzna wszedł któregoś dnia do salonu i widząc oba sprzęty w czułej komitywie, zwrócił się do mnie z lekką przyganą: „Ach, kochanie, tyle dostajesz ode mnie prezentów, a tu oto stoją dwie rzeczy, które sprawiają ci najwięcej radości!”).

Odkurzacz wdychał jak należy, aż po dwóch miesiącach wzorowego użytkowania, przewód zaplątał się w bębnie. Głęboko, tak że nie dosięgnę, choć tkam palcem i ołówkiem. Rozgoryczyło mnie to niezmiernie. Następnego dnia wyjeżdżałam, więc nie miałam głowy się tym zająć, ale i tak sobie trochę nad tym złoślistwem popłakałam, bo oczywiście stał się symbolem wszystkiego, co w moim życiu nie tak. Nie ta zielona karta warunkowa i ban na długie pobyty za granicą, nie terminy depczące po piętach i paskudne akcenty w grece koine, tylko właśnie ten cholerny przewód!

Po powrocie sprawdziłam najpierw, gdzie znajduje się najbliższy serwis: czterdzieści kilometrów stąd. Krew, czarna gangrenowata krew mnie zalała. Ale spokojnie, ja też potrafię być złośliwa, choć niemartwa. Nie będzie mnie tu dziad gnoił. Zaczynam od zmiażdżenia psychicznego: rozkładam przed odkurzaczem ciężką artylerię w postaci mojego paska z narzędziami, na który składa się: śrubokręt uniwersalny, otwieracz do konserw i piwa, korkociąg, nożyk finka i wielki nóż amerykańskiej marynarki wojennej. Niestety, po bliskiej inspekcji okazuje się, że bęben przykręcony jest bardzo małymi śrubkami, korkociągiem nie dam rady, choć determinacji mi nie brak. No trudno, jedziemy na wycieczkę. Odkurzacz biorę w ramiona i hajda do sklepu z narzędziami. Chodzę sobie z odkurzaczem po alejkach jak z pieskiem. Znajduję odpowiedni śrubokręt i wypróbowuję go od razu, dla pewności. Żeby nie było, że kupię coś, co „powinno pasować”, a potem nie będzie, choć jak najbardziej powinno.

Oczywiście, odpowiedni śrubokręt załatwia sprawę bardzo szybko. Po wybebeszeniu gada, potwierdzają się moje przypuszczenia: naprawdę kupiłam badziewie. W środku jakiś żałosny eh plasticzek, mizerniejszy nawet niż trefna obudowa. Na szczęście wszystko jest łatwo naprawialne, zresztą taka była idea. Śrubokręt ląduje w moim podręcznym zestawie naprawiania świata w trzech prostych krokach. Szkoda, że nie mogę nim rozkręcić amerykańskiego systemu imigracyjnego albo przesunąć kilku południków. Ale nie wszystko można mieć od razu, a tymczasem można polepszyć sobie humor rozkręcając okoliczne AGD.
Share /

7 komentarzy

  1. W rzeczywistości rzeczy martwe chyba jednak są nie tyle złośliwe, co mają ciężki żywot. Mi też się zdarza wzdychać nad kafetierą, która pluje kawą na wszystkie strony, albo nad drukarką, która nie drukuje, albo nad błędem systemu, który po godzinnej walce z komputerem udaje mi się w końcu rozwiązać. I masz tak jak ja. Jak coś się gdzieś zaplącze, złamie, zablokuje to też zdaję się na siebie i samotną walkę z rzeczą martwą, która też z pewnością ma zły dzień. Byłaś dzielna z odkurzaczem. I pamiętaj, czasem naprawa świata zaczyna się od naprawy odkurzacza ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, błędy systemu... oczywiście! Najczęściej w dzień publikacji nowego posta! Tylko gryźć klawiaturę, taka rozpacz. Oby najmniej takich dni :) A żywot odkurzacza ciężki, oj ciężki, zwłaszcza tamtego dnia. Przed wybebeszaniem nie znieczulałam, oczywiście.

      Usuń
  2. Tata rację miał, MIELE to dobra firma i faktycznie raczej nie awaryjne.
    Śrubokrętem nie przesuniesz kilku południków, ale swoim piórem - tak ;))!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mig, ale to fajnie ujęłaś :) Chodzi za mną, od kiedy zobaczyłam Twój komentarz na telefonie. Faktycznie pióro musi trafić do mojego paska z narzędziami :)

      Usuń
  3. Też słyszałam o tej firmie, też mi ją zachwalano- a zatem następny sprzęt będzie z Miele. Jednak mam młynek do kawy Brauna, który ma 20 lat i tez jest dobry:) Jednak Mercedes był ponoć za dobry i swego czasu zbankrutował, bo nie było napraw.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pequeninho zajrzałam do Ciebie w deszczowy wieczór przed pracą. "Wybebeszyłas gada" a moze wystarczyło zmienić filtr? To taka sztywna szmatka z boku, która chroni silnik przed kurzem... Wymądrzam się- wiem, ale trzeba się jakoś popisać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elżbieto! U nas też się chmurzy i strasznie wieje, szyby mi wwiewa do środka :) A więc i ty naprawiasz świat śrubokrętem, jak mniemam? W moim przypadku to na pewno nie filtr, bo to odkurzacz bezworkowy, więc trochę inaczej skonstruowany. Swoją drogą, ten fakt najbardziej mnie zbił z tropu: w Stanach jest spory wybór odkurzaczy bezworkowych, a bardzo mało klasycznych. Wiele sklepów w ogóle ich nie posiada, więc zostają tylko sklepy internetowe :( Ale dzięki za sugestię :) na pewno kiedyś nadejdzie czas na odkurzacz klasyczny, bo takie są jednak dla mnie najlepsze :) Pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo