upalny uścisk miasta

poniedziałek, 27 lipca 2015

San Antonio poznaje się tak: jadę trzy godziny międzystanówką I-10, sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilometrów na godzinę; wpadam w taki ponadstówkowy trans, że gdy tylko jakiś samochód plącze się zbyt blisko, to czuję się nieswojo i dodaję gazu, i nagle po tych trzech godzinach ruch odczuwalnie zwalnia. W okolicach Houston przy dozwolonej prędkości sto kilometrów, jedzie się przeciętnie sto dziesięć, sto dwadzieścia. I mimo to non stop ktoś miga z tyłu światłami, że mam się przesunąć z pasu szybkiego ruchu, bo jemu się spieszy. Więc ta zmiana w San Antonio jest momentalnie wyczuwalna: natychmiast mimowolnie ładuję się komuś na zderzak, a potem otrząsam się, zwalniam do dziewięćdziesiątki i zatapiam się w miłym, sennym letargu razem z resztą ospałych kierowców. Autostrada kołysze mnie łagodnie w górę i w dół i w pewnym momencie, gdy wynurzam się na wierzchołek kolejnego wzgórza, w dolinie przede mną ukazuje się Miasto. Nie ma, nie ma i nagle jest.

Jeszcze dziesięć minut, i po prawej stronie widzę sylwetkę centrum, z charakterystyczną Wieżą Ameryk (Tower de las Americas), która króluje wśród biurowców i hoteli.

Dawno mnie tu nie było, choć czas najgorszy z możliwych: w okresie letnim San Antonio przeżywa najazd turystów. W ciągu roku przewija się ich tu ponad dwadzieścia pięć milionów ludzi. Nauczona doświadczeniem, do centrum latem raczej się nie zapuszczam. Choć jest w tym kołchozie pewien urok: gdy człowiek wreszcie po kilku godzinach upoluje miejsce na patio Casa del Rio, tuż nad rzeką, i doczeka się swojej butelki piwa Negra Modelo, można sobie trochę ludzi pooglądać, podomyślać się, z którego są stanu. To dobre miejsce, żeby przyjechać całą rodziną. Zobaczyć ruiny Alamo, twierdzy zniszczonej przez armię meksykańską podczas Rewolucji Teksaskiej, historyczny hotel Menger, gdzie Teddy Roosevelt zwerbował w 1898 r. swoich Rough Ridersów na wojnę na Kubie, dzieci zabrać do Sea World (oceanarium i parku wodnego), w drodze powrotnej zajrzeć być może do małych, historycznie niemieckich miasteczek jak Boerne albo Gruene, odwiedzić skanseny i popodziwiać antyki.

To właśnie słynny Riverwalk, deptak nad rzeką. Latem w godzinach szczytu chodzi się tu tiptopami.
W tym miesiącu wybija nam rocznica, bo z San Antonio poznałam się właśnie upalnym latem, na planie filmowym, kilka lat temu, zanim jeszcze przyjechałam do Stanów na stałe. Praca była ciężka, bo produkcja przypadła właśnie na te najgorętsze, pieskie dni lata: koniec lipca, sierpień i wrzesień. Dla aktorów to nic, bo siedzą sobie w klimatyzowanych przyczepach i wychodzą dopiero wtedy, gdy wszystko jest już gotowe. Ale dla ekipy oznacza to praktycznie cały dzień na łasce niemiłosiernego żaru. Każdy zlany jest potem i kremem z filtrem. Kręciliśmy wszędzie, w najbardziej charakterystycznych punktach miasta; było to trochę jak wstępny przewodnik po San Antonio. Na deptaku nad rzeką, naprzeciw ruin Alamo, przy katedrze San Fernando. Na małym lotnisku, Stinson Municipal Airport, jednym ze starszych w kraju, nazwanym tak na cześć Katherine Stinson, która jako czwarta kobieta w historii Stanów Zjednoczonych otrzymała licencję komercyjnego pilota. Kręciliśmy w latynoskich dzielnicach na zachód od centrum, gdzie Mężczyzna, jak to on, bał się mnie zostawić z dala od planu, przy generatorze, bo ponoć niebezpiecznie (?). Kręciliśmy w ekskluzywnych osiedlach Hill Country, które zwykle są zamknięte dla osób z zewnątrz. Eleganckie posesje rozmiarów pałacu, ukryte wśród wzgórz zarośniętych teksaską kosodrzewiną i kaktusami.

Katedra San Fernando, jeden z najstarszych budynków tego typu w USA. Pierwsze zabudowania wzniesione po 1738 r., później kilkakrotnie rozbudowywane. Prawdopodobnie to właśnie w tym przybytku Jim Bowie poślubił Ursulę de Veramendi
Film był mały, niezależny. Szczerze mówiąc, gotowego produktu jeszcze nie widziałam, choć widzę, że idzie mu dobrze, zbiera nagrody na festiwalach, pnie się w górę. Cieszę się, bo myślę, że San Antonio zasługuje na więcej mainstreamowego zainteresowania; ma wyjątkowy klimat, jest bardzo fotogeniczne. Niedawno w San Antonio zdecydowano się osadzić akcję nowego serialu lekarskiego „Night Shift” (Nocny dyżur). Reżyser wybrał San Antonio nie tylko ze względu na piękny deptak, ale również z uwagi na obecność baz wojskowych. O San Antonio, Militarnym Mieście USA, pisałam już tutaj.

Patio mojej ulubionej restauracji meksykańskiej, La Fogaty. Kolorowe ozdobniki-wycinanki
Ale urok San Antonio polega na tym, że mimo tabunów turystów nadal wydaje się bardzo kameralne. Ma blisko półtora miliona mieszkańców, czyli tyle, co Warszawa bez przyległości. Tylko że Warszawa wywołuje wrażenie molocha, a San Antonio to dla mnie nadal taka villita, meksykańskie maleństwo. Na billboardach, wizytówkach i ulicach widać nazwiska typu Gonzalez, Rivera, Sanchez, Guzman, de Zavala albo de la Garza. Po angielsku mówi się jak po hiszpańsku, z energicznym zaśpiewem, wyraźnie wymawiając wszystkie sylaby, bez puszczania samogłosek przez nos. Wszędzie pełno meksykańskich piekarni, rzeźników, spożywczaków. Na śniadanie staje się w kolejce do taquerii po gorące tacos z fasolą i serem, oczywiście z meksykańską Coca-Colą (słodzoną trzciną cukrową) albo horchatą (słodkim napojem ryżowym). Po pracy idzie się na margarity albo na piwo, posłuchać mariachis (nocnych muzykantów) i samemu pośpiewać ranchery. Strasznie mi się podoba, że w kulturze latynoskiej mężczyźni jeszcze śpiewają. Głośno, z przepony, dumnie. Nie to co w zachodnich kościołach, gdzie faceci stoją z rękami na przyrodzeniu i coś tam pod nosem mamrzą. W San Antonio mężczyźni śpiewają, a kobiety, gdy dobiorą się same Latynoski, opowiadają, co gotują i jak. Wygrywa ta, która codziennie idzie do pracy, a piecze własne tortille zamiast kupować gotowe w supermarkecie. Albo ta, która swój comal (żeliwną patelnię) dostała po babci albo prababci.

Ja tam w te kulinarne szranki w ogóle nie staję, ale jak zwykle cieszę się innością i piwem importowanym z Meksyku. I tym, że jeszcze coś się z tego starego świata w San Antonio ostało.

Fruteria sprzedająca aguas frescas (wodę z owocami), wielosmakowy lód, owoce posypane chili (!) i ostro doprawioną kukurydzę.
Share /

10 komentarzy

  1. To jest cudowny tekst, który sprawia, że jeszcze bardziej pragnę odwiedzić Teksas. A jaka pora roku jest najlepsza na wizytę, pod względem mniejszej liczby turystów i pogody?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety pod względem tłumów zwykle poza rokiem roku szkolnym :( Pod względem pogody najlepszy chyba październik, później kwiecień i maj, czerwiec i początek lipca. Ale wiesz, nawet w wakacje nie jest tragicznie, zwłaszcza jeśli pójdzie się do centrum przed południem. Po południu stopniowo coraz gorzej.

      Bardzo polecam San Antonio, zwłaszcza że w wielu miastach zwiedzanie kończy się na centrum, a właśnie w tym mieście jest inaczej. Są świetne muzea, kompleksy artystyczne, misje hiszpańskie nad rzeką, ścieżki rowerowe, parki etc. Dla dzieci jeszcze wesołe miasteczko Six Flags Fiesta :) Jeśli będziesz się konkretnie wybierać i masz jakieś pytania, Limonko, to napisz do mnie: pequeninha@kwiatpelargonii.com :) Pozdrawiam serdecznie!!

      Usuń
  2. Muszę przyznać, że Twój wpis obudził, od dawna we mnie obecne, pragnienie wybrania się do Stanów ;) Chociaż USA nie są już taką ziemią obiecaną jak na początku XX wieku, to jednak w mojej świadomości uchodzą za wspaniały kraj. Może kiedyś odwiedzę San Antonio :)
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to miłe. Cieszę się bardzo :)

      Kraj ciekawy, to na pewno. Warto zobaczyć. Czy mieszkać: kwestia mocno dyskusyjna. Amerykanom przydałoby się poćwiczyć sztukę dialogu, może wówczas coś ruszyłoby pozytywnie do przodu. Są w tej kulturze takie rzeczy dla mnie nie do przeskoczenia, które zdecydowanie przysłaniają nawet te drobne zalety.

      Ale trzymam się tego: "serce radosne ma nieustanną ucztę" :) Ciepło pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny!

      Usuń
  3. O ile ja Ci robię chętkę na Włochy, to Ty z kolei robisz mi chętkę na Stany, zwłaszcza Teksas! Ale, ale... tacos z fasolą na śniadanie? Przyzwyczajona do włoskich leciutkich niby-śniadań, to wydaje mi się zabójcze :D
    I koniecznie opowiedz więcej o filmie, na planie którego tam byłaś, bo zafascynowała mnie wzmianka o tym fakcie!
    Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżby we Włoszech jak w Brazylii, czyli na śniadanie mocna, słodka kawa i ewentualnie marna bułeczka z masłem? :) Oj, śniadaniowe tacos to w San Antonio niemal religia. I powiem Ci, że fasola i ser to wersja mocno light, bo zapaleńcy wybierają nawet śniadaniowe taco z wieprzowiną :) Tortilla to po prostu meksykański chleb, więc tłumaczę sobie, że taco to odpowiednik chwytanej w biegu kanapki. Moją ulubioną odmianą jest taco z jajecznicą i kaktusem :) Choć zwykle jem rano dosyć skromnie, to w San Antonio robię wyjątek! Obecność piekielnie ostrej salsy pomaga to wszystko strawić :) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  4. mam wielki sentyment do SA .. tam w Instytucie Kultur Teksańskich (bardzo fajne) podczas festiwalu miałem jedną z pierwszych randek z moją przyszłą żoną .... a wiele lat potem w tym samym miejscu miałem ceremonię otrzymania obywatelstwa .. muszę koniecznie odwiedzić ponownie :^)
    bardzo piękna notka ..pozdrawiam Cię bardzo ciepło :^)

    OdpowiedzUsuń
  5. Super wpis! Właśnie przeprowadziłam się z Meksyki do SA i jakoś ciągle nie mogę go "poczuć". Nie znam wszystkich miejsc, o których piszesz, ale zdecydowanie muszę się tam wybrać. Zaraz z resztą przestudiuję cały Twój Teksas! W jakim mieście mieszkasz?

    Pozdrawiam! Isia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Isia :) Witam serdecznie i dzięki za wizytę!! Musimy koniecznie się spotkać, skoro mieszkasz w SA. Ja bywam tam naprawdę często. Mieszkam pod Houston, w jednej z sypialń miasta.

      Za dwa dni jest w SA pierwszy piątek, więc koniecznie pójdź na First Friday!!! Okolice King William/Southtown aż do Blue Star Art Complex. Lokalni artyści i rzemieślnicy, koncerty, pokazy sztuk przeróżnych, food trucki, restauracje etc. Poza tym misje i River Walk :) O misjach będzie niedługo wpis :)

      Napisz do mnie na blogowego mejla, to wymienimy się numerami. Serdecznie Cię pozdrawiam!!

      Usuń
  6. Dziękuję pięknie za rady:) Wszystko zapisuję i napisałam też maila!:) Mam nadzieję, że będziemy miały okazję, aby się w niedługim czasie spotkać!
    Pozdrowienia!!

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo