Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
Wielkie billboardy z hasłem reklamowym „Palę Sobie”podziwialiśmy wspólnie w godzinach porannych wzdłuż punktualnie korkującej się Niestachowskiej. Z naszego przedmieścia zwykle dojeżdżałam do szkoły autobusem. Dodam, że bardzo nie niskopodłopogowym; przeciwnie, wielkim, wysokim, rzężącym, klekoczącym niedomkniętymi drzwiami i piszczącym histerycznie przy próbach przyśpieszenia. Gdy z jakichś powodów autobus na naszą wieś nie przyjechał lub po prostu bardzo się spóźniał, biegłam do domu, do Taty, żeby zabrał mnie do szkoły samochodem. Tata dźwigał na barkach cały świat, ale gdy prosiłam, świat szedł na chwilę w odstawkę. Tata przypinał sobie na biodrach dwa kolty i wypadał z biura ratować mnie z opresji.
Przyznam, że rozsądnego hasła Taty nie doceniłam od razu. W zestawieniu z taką triadą platońską, na przykład (dobro, piękno, prawda), jakieś tam „życie Sobie” wydało mi się trywialne, wręcz egoistyczne. Na rzeczywistość jednak zawsze można liczyć: przylutowała szybko, mocno i boleśnie. Odkryłam (i odkrywam), że wielkie ideały i piękne postulaty są praktycznie bezbronne wobec tego, co wyczyniają z nimi kreatywni ludzie. Ktoś w imię mojego ideału ładuje się samolotem w cudzą wieżę. Kolejny ktoś w imię moich przekonań konsekwentnie ładuje się z butami w czyjąś intymność, szarga czyjąś godność, afiszuje się publicznie swoim buractwem i jeszcze oczekuje, że mu radośnie pokibicuję, bo podobno walczymy w tym samym obozie. I tak dalej...
Ideały są jak piękna sztuka bez praw autorskich: każdy może je przerobić w fotoszopie, domalować im wąsy, stworzyć prześmiewczy mem, przerobić je w ich antytezę, uczynić z nich slogan reklamowy, wydrukować na dnie nocnika, powielić na niezliczonych koszulkach i wyprać subiektywnie z wszelkiego znaczenia.Bez sensu byłoby utrzymywać, że ta uzurpacja nie boli. („Uzurpacja” jako nazwa intuicyjna. Faktem jest, że takie zachowania są naturalnym skutkiem ludzkiej wolności. Jakiekolwiek poważne wnioskowanie o uzurpacji musiałoby się wiązać z zastosowaniem bardzo konkretnej, bardzo totalitarnej, „jedynej prawdziwej” ekierki). Bez przerwy słyszę o tym, że ktoś gdzieś stracił w coś wiarę, że ktoś gdzieś rzucił ideologiczne zmagania w przysłowiowe diabły. Od ponad dziesięciu lat współpracuję z różnymi organizacjami niedochodowymi. Zapewniam, że historii wielkich rozczarowań słyszę tyle samo, a czasem więcej, co historii wielkiego wytrwania.
Im dłużej więc w tym biznesie pracuję, tym wyraźniej sobie uświadamiam, że to, co mówił mi Tata na zasmrodzonej spalinami Niestachowskiej, było radą wręcz genialną! Uściślę, że moich ideałów potrafię bronić logicznie, z obiektywnego punktu widzenia. Do pewnego stopnia, człowiek chce przecież wiedzieć, że to, w co wierzy, trzyma się jakoś zusammen do kupy. Jednak na poziomie bezlitosnej egzystencji, jak to określiła pięknie moja olśniewająca siostra, „każdy chce mieć sens, żeby się rano umyć”. Abstrakty swoją drogą, fajna sprawa, ale abstrakt nie wyciągnie za uszy z łóżka w chwili depresji. Musi mnie znęcić konkretem: jakimś naleśnikiem, jakąś kawą, jakąś afirmacją, jakąś korzyścią.
Nadal mam ideały - triadę platońską, Pawłową trójcę z Pierwszego Listu do Koryntian - ale na pewno nie tylko dlatego, że potrafię je uzasadnić obiektywnie. Głównie dlatego, że podobają się mnie. Rozwijają mnie. Uwrażliwiają mnie. Cieszą mnie. Uświadamiają mnie. Otwierają mnie na cudzą inność. Motywują mnie do pytań i wątpliwości. Generują we mnie zdrową podejrzliwość, zdrowe odruchy gniewu i podziwu. Nieustannie rzucają mi wyzwania, a więc kształcą mnie. Pod względem praktycznym (choć nie filozoficznym) najważniejszą częścią tych zdań jest właśnie zaimek. Moje „ja” to koniec końców jedyna osoba, która zostanie ze mną na zawsze.
Nikomu wbrew, nikomu na złość, nikomu na przekór, nikomu na pohybel, bez tłumaczenia, przepraszania, udowadniania, argumentowania do utraty tchu, z wielkimi oczekiwaniami stawianymi głównie sobie.
Tego nauczył mnie Tata i tej wersji się trzymam.

Wiesz, z nieba mi spadłaś publikując ten tekst. Właśnie dziś, kiedy jest trochę ponuro mimo słońca i dość nerwowo mimo w miarę spokojnego dnia, czytam Ciebie i cieszę się , że są ludzie którzy czują podobnie. Jeszcze w liceum na jakiś dodatkowych zajęciach z psychologii pani kazała nam napisać swoje imię i nazwisko na kartce i puścić po klasie, a koledzy i koleżanki mieli przypisać nam cechy jakie wg nich mamy. Jedną z tych cech jakie zobaczyłam na mojej było właśnie : "idealistka". Zawsze i od zawsze wierzyłam w siłę miłości, dobra i prawdy, w wartości które często inni wytykali jako przejawy słabości. Wierzyłam i wierzę w ideały nie dlatego że tak trzeba czy nie trzeba, "nikomu na złość i na przekor", tylko dlatego , że uważam , że tkwią one w istocie prawdziwego człowieczeństwa. I fajnie jest wiedzieć że nie jest się samym w tym przekonaniu :) a Twój Tata to bardzo mądry człowiek :) pozdrawiam Cię :)
OdpowiedzUsuńHej, strasznie mnie ucieszył ten komentarz!!! No właśnie, w kontekście ideałów często mówi się o imperatywie moralnym lub innym, trzeba lub nie trzeba. Czasem odnoszę wrażenie, że posiadanie ideałów to balast i wstyd, recepta na wielkie rozczarowanie. Ale z mojego punktu widzenia, czerpie się też korzyści, i są to dla mnie bardzo wymierne, konkretne korzyści. Trudno żyć ze świadomością, że człowiek się przez cały czas poświęca; siłą rzeczy pojawi się wypalenie. Ale dla siebie człowiek wiele zrobi :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!!!
Usuń"tego nauczył mnie tata".... nawet nie wiesz jak bardzo to intymne i ważne, jak bardzo potrzebne. Mój tata też nauczył mnie wielu mądrych rzeczy, choć niekoniecznie wygodnych. Ideałów, które w dzisiejszych czasach uchodzą za śmieszne. Ale chyba warto je mieć. Czegoś w końcu trzeba się trzymać. Pozdrawiam Cię, Natalia - psychorozwoj.blog.pl ;))
OdpowiedzUsuńNatalio, dziękuję Ci za miłą wizytę. Zwykle odpisuję na wszystkie komentarze, ale złapałaś mnie akurat w te dwa tygodnie, gdy nie miałam stałego internetu: choć informacja o komentarzu dotarła i jak zwykle sprawiła mi wielką radość! Dzięki też za Twojego pięknego bloga: mam nadzieję, że znajdę niedługo czas, by na nim posiedzieć dłużej :) Ideały warto mieć, oczywiście. Bez nich bylibyśmy jak liść rzucany tu i tam przez kolejne pseudoważne trendy. Pozdrawiam bardzo ciepło :)
Usuń