dlaczego tu jestem?
(Timô)

czwartek, 16 października 2014


W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).

republikanie odłączyli mi CNN

poniedziałek, 13 października 2014


Są ludzie, którzy dzień zaczynają od drinka. Hemingway zaczynał dzień od martini. Ja też podobnie truję wątrobę, kiedy jestem w hotelu i nie mogę rano wstać. Włączam amerykańskie wiadomości, Foxa albo CNN (jest podobno między nimi jakaś wielka, mistyczna różnica; jedna stacja walczy po jasnej, druga po ciemnej stronie Mocy), leżę w łóżku i czekam, aż uwodzicielski natłok badziewia przyprawi mnie o torsje i w konsekwencji wyrzuci wielkim łukiem spod pościeli.

A dzisiaj rano CNN nie działa; zostałam zdana na Foxa. Dowiedziałam się przynajmniej, że jakiś haker włamał się do dziecięcego monitora. Krew zastyga w żyłach, te wyżyny ludzkiego zła i dziennikarstwa. Poza tym, z okazji bomby podłożonej w Jemenie, Fox zdecydował się nawet nieśmiało wspomnieć o reszcie świata, choć prezenter tłumaczył się gęsto, że Jemen to sojusznik amerykański, stąd ta nietypowa wzmianka.

Po południu mówię mężowi: „Rano oglądam Foxa, bo republikanie odłączyli mi CNN. Mówię ci, ułożyli się z tym hotelem, żeby CNN nie dało się oglądać. Pewnie znowu wydali na to pieniądze podatników.”

człowiek wysoce fotogeniczny

czwartek, 9 października 2014

Portret właścicieli kolekcji wisi na poczesnym miejscu, tuż naprzeciw szklanych drzwi. Podobają mi się jego zdecydowane, ekspresjonistyczne kreski. Jasnoczerwona suknia pani Kinsey zlewa się prawie z jej skórą. Filigranowa, zamknięta w objęciu stojącego obok męża, patrzy wprost na mnie z lekkim uśmiechem, pewna swojej atrakcyjności.

Otwarcie nowej wystawy Muzeum Historii Afro-Amerykanów w Houston. Na podium para z portretu, ci sami, tylko o kilka lat starsi. To właśnie do nich należy obecna kolekcja prezentowana w muzeum. On w pięknie skrojonym garniturze. Ona w realu jeszcze drobniejsza. Obok nich syn, sportretowany na innym portrecie w niedbałej bluzie, a teraz już dorosły, na oko dobiega około trzydziestki. Cali w uśmiechach, cali w gali; błyszczą perfekcyjnym uzębieniem w blasku licznych fleszy.

Mam dziwne uczucie, że na portrecie wyglądali o wiele prawdziwiej niż w rzeczywistości.

Tatuś poluje

poniedziałek, 6 października 2014

Zawsze, kiedy Annette wspomina swego ojca, mówi o nim „Tatuś”. Nie ojciec, nie tata, zawsze „Tatuś” (tak, tę czułą dużą literę także słychać). Tatuś wybudował drewniany dom, w którym do teraz mieszka Henry i Annette; Tatuś wstawał codziennie o czwartej rano, żeby skorzystać z porannego chłodu, zanim pojechał do pracy rowerem. Obchodził posesję, sprawdzał płot, kosił trawę, doglądał ogródka z warzywami, przycinał niskie konary drzew. Wszystko chodziło jak w zegarku, żadnej prowizorki. Za pomocą swojej skrzynki z narzędziami Tatuś potrafił rozwiązać wszystkie problemy świata. I zawsze poznał się na tandecie. Jeśli Mama nie miała czasu i dała mu do śniadaniówki odmrożony „telewizyjny obiad”, czyli gotowca, zawsze umiał świństwo rozpoznać. Do kosza szło z marszu. Tatuś nigdy się nie gniewał, nie musiał. „Nigdy nie podniósł na mnie głosu, ale i tak strasznie się go bałam."

w kadr nieruchomy, tragedia

piątek, 3 października 2014

Kiedy byłam małą dziewczynką, zwierzyłam się przyjaciółce, że kiedy dorosnę, to zostanę pisarką i nie będę miała domu, będę mieszkać w hotelach. No i co. Wyprorokowałam sobie. Dwadzieścia lat później tym bardziej wiem, że nie ma lepszej pracy niż praca nad tekstem. A jeśli chodzi o brak domu i szlajanie się po hotelach, to także się ziściło przez ostatnie dwa-trzy lata. Zamazywaliśmy wspólnie tę mapę Stanów Zjednoczonych jak zamaszystymi pociągnięciami grubych świecowych kredek. Kupiłam sobie w ciuchbudzie tandetną komodę z wieżą Eiffla i Big Benem (!), postawiłam ją w kąciku u Henry’ego i Annette i gromadziłam w niej ważne papiery, sczytane książki z drugiej ręki i namiętnie kupowane obcasy. To były moje cztery kąty. Jeden z komodą.

Kundera by pozazdrościł takiej lekkości bytu. Ślizga się człowiek po tych dniach, z poczuciem egzystencjalnej nieważkości. Budzi się z ogłupiałym błędnikiem; nie wie, czy za oknem ma palmy, czy świerki.

Podczas podróży, czasem nocą, gdy na zewnątrz poza lśniącymi pasami szosy nic nie widać, badamy temperaturę na zewnątrz wierzchem ręki. Przystawiamy ją do okna samochodu, żeby poczuć, czy czeka nas ocieplenie, czy chłód.

cleveland zdeptane i zdarte

środa, 1 października 2014

Cleveland wygląda jak Warszawa. Choć oczywiście osobie zakochanej wszystko przypomina obiekt uczuć. Może to te szerokie ulice, może iglica centrum handlowego Tower City, która przypomina mi Pałac Kultury i Nauki, a może po prostu fakt, że wydziczała po Houston, które z powodu gorąca często wygląda tak, jakby wymarli w nim wszyscy mieszkańcy, wreszcie widzę na ulicach przechodniów, całkiem licznych, i wpadam z tego powodu w perypatetyczną głupawkę. Po zakończonym dniu pracy wydeptuję chodniki Cleveland w moich czerwonych sandałkach, jak te panienki z baśni Grimma, które noc w noc zdzierały pantofelki na zakazanych nocnych tańcach. Szwendam się po ulicach, bo ogródki rozstawione przy restauracjach przyprawiają mnie o szczęśliwe palpitacje serca; idę sobie promenadą nad jezioro Erie, które tak naprawdę jest wielkie jak niektóre europejskie morza, i dmie także jak na morze przystało. Siedzę sobie z książką na ławeczce, naprzeciw mnie brokatowa powierzchnia wody skrząca się od słońca, mizdrzące się do siebie pary, zrelaksowani spacerowicze i oczywiście rozpstrykani turyści. Normalność. Normalność!

Drugiego dnia trafiam na weekendowy air show, czyli pokaz lotniczy; na promenadzie zbiera się sporo ludzi, a ja czuję podniecenie jak zboczeniec, dla którego tłum to okazja do zdrożnego kontaktu. Brak mi strasznie chodzenia w tłumie. Brak mi stania na czerwonych światłach i przyglądania się ludziom po drugiej stronie ulicy. Brak mi chodników. W teksaskim Baytown w ogóle ich nie ma. A tam, gdzie akurat się zdarzą, to w ogóle nie można na nie liczyć, bo to chodniki-fantomy. Ciągną się obiecująco, zwodniczo, po czym nagle znikają, czasem w środku trawnika, w sposób całkowicie niewytłumaczalny.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo