zaduszek (czas)

sobota, 1 listopada 2014

Fizyka kwantowa postuluje, że czas jest tylko iluzją. Wszystko, co kiedykolwiek nas spotkało, rozgrywa się nadal. Teraz.

Kiedyś mnie to przeraziło. I zmobilizowało. Trzeba się nauczyć, jak z dobra czerpać siłę, a zło przewrócić na grzbiet, żeby konało na wieki tak jak ten karaluch, który kilka dni temu dogorywał mi tu pod szafką.

Zdjęcia noszę w portfelu. Przypominają mi o dobrych chwilach, które dzieją się teraz, przez cały czas. Bez końca.

Jestem protestantką. Idea modlitwy za zmarłych powinna mi być zupełnie obca, a zupełnie nie jest. Wręcz przeciwnie, gdy myślę o nim, wydaje mi się najzupełniej naturalna. Może gdy zapada zmierzch, dogmaty też wkładają głowy pod skrzydła. Niby są, a udają, że ich nie ma. „Śpimy” - mamrzą. - „Nie męcz siebie i nas.”

Kapelusz przygarnęłam. Noszę sobie jesienią do długiego prochowca. Do pełnego looku Clinta Eastwooda brakuje mi tylko rewolweru zawieszonego w olstrze na prawym biodrze.

Dziadkowi by się podobało, bo lubił kobiety w kapeluszach.

Hemingway, jeszcze raz pierwszy raz

środa, 29 października 2014

Przeżywam właśnie wielkie miłosne rozczarowanie, i to, żeby było pikantniej, z powodu kobiety: Lan Samanthy Chang. Nietłumaczona na język polski autorka trzech książek, kształcona w Harvardzie i Yale, leaureatka PEN Open Book Award. Przeze mnie odkryta w 2006 roku, w bibliotece publicznej w Phoenix. Tomik sześciu opowiadań Hunger (Głód). Później była powieść All is Forgotten, Nothing is Lost (Zapomina się wszystko, nie traci się nic). Zauważyłam w powieści kilka niedociągnięć, ale do teraz uważam ją za jedną z książek dla mnie najważniejszych. I wreszcie powieść Inheritance (Dziedzictwo). Otwarłam z ufnością i po siedemdziesięciu stronach przebijania się przez miałkie metafory odłożyłam z niesmakiem. Jest mi przykro.


mississippi, cholera

poniedziałek, 27 października 2014

Pierwszymi osobami rasy czarnej, z którymi miałam styczność, byli Louis Armstrong i Ella Fitzgerald. Od znajomej, która spędziła kilka lat w Stanach, przegraliśmy dwie płyty, rewelacyjną The Best of Songbooks Elli i krótką, zbyt krótką, składankę Louisa. Delikatny fakt ich skopiowania był chyba pierwszym ważkim problemem moralnym, z jakim się zetknęłam w moim młodziutkim wówczas życiu. (Chociaż może nie: przedtem zdążyłam już przepracować problem kłamstwa i tchórzostwa, gdy wciągnęłam odkurzaczem jakieś ubranko dla misia i w mojej panice zwaliłam wszystko na siostrę). Tata zapętlał sobie w biurze „What a Wonderful World”. Płyta Elli nie nadawała się do zapętlenia ani do pracy. Bardziej swingowa i agresywna, zdecydowanie nie była dobrym materiałem na żadne plimplające tło. Poza tym w wielu utworach dawało się wyczuć jadowity niepokój. Ale nie w głosie Elli, która po mistrzowsku potrafiła zapanować nad każdą, nawet najbardziej destrukcyjną emocją. Ta równowaga głosu i ducha była niezwykle krzepiąca.

Na pierwszym roku studiów natknęłam się w empiku na dwupak Niny Simone. Kupiłam „na spróbę”. Dwupak znam teraz na pamięć, tak jak resztę około dwunastu płyt Simone, które od tamtego czasu skompletowałam. Pierwsza jednak zaczyna się tak:

Nina (autorytatywnie): Pianino gotowe? No dobrze... (akordy: ta da dam, ta da dam, i nagły, przeciągły lament, rwany jak szloch) Odszedł... mój mężczyzna... bez sensu już czekać... na jego zmęczone kroki... rozlegające się na schodach...

amulet z ubitego robaka

piątek, 24 października 2014

To nie jest dobry dzień na wyrabianie trzystu procent normy. W kuchni pod szafką przez całe dwanaście godzin dogorywa wielki chrząszcz. Myślałam, że to karaluch, ale karaluchów nie rusza nawet promieniowanie jądrowe, a ten poległ po spryskaniu roztworem octu jabłkowego, więc raczej nie karaluch. Podejrzewam, że zapuścił ciekawskie czułki w głąb zewnętrznego klimatyzatora i poszedł, głupi, tunelem w stronę światła. Chrząszcze nazywają w Teksasie junebugs: robaki czerwcowe. Od czasu do czasu drga mu odnóże, a ja zastanawiam się, czy nie wspiąć się dzisiaj na wyżyny moich możliwości i czy go humanitarnie nie dobić. W zabijaniu takim ręcznym mierzi mnie jednak faktura; do takich chrząszczów to najlepiej broń palna, żeby można sobie było z oddali siednąć, rozłożyć sprzęt, złapać na celownik i tak higienicznie się pozbyć problemu. A nie prymitywnie w garść łapać, czuć jakieś tam chrobotanie lub co gorsza chrzęst, lekkość misternej skorupy. Pająk to co innego, pająki zabijam bez kozery, choć tylko kiedy muszę. Ponoć pajęczyny w domu to szczęście. W magię nie wierzę, ale co szkodzi owinąć się w nią jak w wielobarwną szatę, dar kochającego ojca, który woli mnie bardziej niż pozostałych jedenastu synów.

rozerwanie

środa, 22 października 2014

„Co trzeba zrobić, żeby być pirotechnikiem?” - pyta mnie z nadzieją siedzący obok chłopak. Z wysokości naszych miejsc oboje przyglądamy się z fascynacją, jak w dole malutcy technicy rozkładają „towar” na arenie. Wyjaśniam mu wszystko krok po kroku: licencja stanowa bądź federalna, szkolenia, zbieranie doświadczenia, rozeznanie, jakie fajerwerki są dostępne na rynku, jakie mają właściwości, jak w punkcie zapalnym rozbryzgują światło. Oczy mu błyszczą. Strasznie mu się to podoba. Tym bardziej, że od trzech miesięcy nie miał żadnej pracy. „Od trzech miesięcy?” - pytam z niedowierzaniem. - „W budowlance?” Kiwa głową pochmurnie. Zastój. Gdyby chciał, mógłby wyjechać za granicę; na Bliskim Wschodzie szukają budowniczych za niebotyczne stawki, $75 za godzinę z zapewnionym wiktem i opierunkiem. „Więc czemu nie tam?” - pytam. Milczy. Przypomina mi mojego znajomego z lat dziecinnych, też taki opalony, muskularny i wysoki. Trener koszykówki dokuczał mu po udanej grze: „Ty to, Tomuś, ciałko masz do kochania, a nie na męską grę.” Chłopak obok mnie odpowiada: „Boję się.”

dlaczego tu jestem?

poniedziałek, 20 października 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam ja (vel Siostra).

Dlaczego tu jestem?

Na załączonym obrazku widać przecież, że bida z nędzą. Timô se siednie, nóżki wyciągnie, fotkę pstryknie i od razu jest ładnie i ach, bo góry ma. U mnie, gdybym przesunęła telefon wyżej, to zacząłby się parking, zapyziałe osiedle i droga, której nawierzchnię niedawno zaczęto naprawiać. Znaczy się, odgrodzono fałatek i wykopano trzy kratery. Też więc zaczęłam mieć góry, w zasadzie. Góry gruzu. Na horyzoncie natomiast supermarkety-molochy, smoki bez powiek, takie, co nigdy nie zasypiają. Po widoki wątpliwych wieżowców trzeba czterdzieści pięć minut jechać do centrum. Aktualnie więc moje cekinkowe laczki i cienie rzucane przez balustradę to najpiękniejszy widok w okolicy.

Dlaczego więc tu jestem?

Wczoraj znów pykam moje trzysta sześćdziesiąt kilometrów z San Antonio do Houston. Tym razem droga pochłania trzy czwarte baku zamiast jednej trzeciej, bo trafiam na potężnie wietrzny dzień. Wyje tak, że ledwo słyszę Ala Jarreau w głośnikach. Kierownica drga mi niepewnie, muszę kontrolować ją obiema rękami, przez cały czas świadomie wbijać cielsko samochodu w solidną ścianę wiatru.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo