Kiedyś mnie to przeraziło. I zmobilizowało. Trzeba się nauczyć, jak z dobra czerpać siłę, a zło przewrócić na grzbiet, żeby konało na wieki tak jak ten karaluch, który kilka dni temu dogorywał mi tu pod szafką.
Zdjęcia noszę w portfelu. Przypominają mi o dobrych chwilach, które dzieją się teraz, przez cały czas. Bez końca.
Jestem protestantką. Idea modlitwy za zmarłych powinna mi być zupełnie obca, a zupełnie nie jest. Wręcz przeciwnie, gdy myślę o nim, wydaje mi się najzupełniej naturalna. Może gdy zapada zmierzch, dogmaty też wkładają głowy pod skrzydła. Niby są, a udają, że ich nie ma. „Śpimy” - mamrzą. - „Nie męcz siebie i nas.”
Kapelusz przygarnęłam. Noszę sobie jesienią do długiego prochowca. Do pełnego looku Clinta Eastwooda brakuje mi tylko rewolweru zawieszonego w olstrze na prawym biodrze.
Dziadkowi by się podobało, bo lubił kobiety w kapeluszach.
.jpg)
