stołecznie, charakternie

piątek, 9 stycznia 2015

Małe pomieszczenie do załatwiania różnych ważkich spraw. Jedno okienko do informacji, jedno do warszawskiej karty miejskiej, jedno nieczynne i jedno do zakupu biletów PKP. W małym pomieszczeniu, luźny obwarzanek kolejki. Wchodzę i pytam, kto jest ostatni. (Pierwszy dzień w Polsce, prosto niemal z lotniska, w prochowcu zalatującym piwnicą, na lekkim niedospanym gazie). „Ja” - oznajmia pani z drugiego końca małego pomieszczenia, okutana we wrzosowy płaszcz z mechatej wełny. Przedostatni jest ktoś przy drzwiach. Starszy pan, który jest trzeci od końca, przycupnął sobie na jednym z pięciu twardych plastikowych siedzeń w środku pomieszczenia. I tak dalej. Kolejka jak gra w klasy: skacz gdzie bądź.

Stoję pośrodku pomieszczenia, bo nie ma gdzie indziej, i ukradkiem śledzę panią we wrzosowym płaszczu, po której mam prawo podejść do mojego okienka. Za chwilę wchodzi kolejna osoba i przeprowadziwszy wstępny wywiad, wypowiada magiczne: „To ja po pani!” i zaczyna skrzętnie obserwować mnie. Chcę kupić bilet na pociąg, więc po cichu wydaje mi się, że jedna kolejka nie ma większego sensu, skoro każdy ma, podejrzewam, nieco inną sprawę do różnych okienek. Ale odpływam już w przyjemny marazm rozmazanej odpowiedzialności.

Warsza no. 5

wtorek, 6 stycznia 2015

Żegnamy się na Centralnym. Bardzo bolą mnie poduszeczki stóp. Pociąg kolei regionalnych zatrzymuje się w pierwszym i drugim sektorze, a mi obcasy przyrastają do kafli i nie chce mi się daleko podchodzić, bo tu jest moje oswojone miejsce. Macham Ci więc rękawiczką z oddali. Wskakujesz lekko do środka, siadasz w prawie pustym wagonie, wyjmujesz książkę, jakiś opasły paperback. Nie chce mi się patrzeć. Dworzec zalega wilgoć, jak Syberię wieczna zmarzlina. Pod sufitem kołacze się zapodziany gołąb, w konsternacji, gdzie podziało się niebo. Sufit kiedyś był ciemny i tajemniczy, a teraz po remoncie zawieszono pod nim rząd płaskich stalowych głośników i zrobiło się jewropejsko.

Powinnam zacząć korzystać z Warszawy Wschodniej. Ten paskudny centralny wyświechtałam już pożegnaniami i powitaniami. Trudno powiedzieć, które z tych dwóch nieszczęść jest bardziej opłakane w skutkach.

pocztówka świąteczna z paszczą

wtorek, 23 grudnia 2014

W czasach PRL-u w okresie świątecznym polowało się na pomarańcze i orzechy. Po ryby stało się w wielkich kolejkach. Dzisiaj wysłano mnie z bratem po ostatnie sprawunki. Mamy kupić mintaja albo pangę, albo morszczuka. Jedziemy w drobnym kaszkowatym deszczu (pogoda, jak historia, też się ciut zmieniła).

Pamiętam jeszcze, jak dawno temu, rodzice kupili mi na Gwiazdkę wielki kefir. Zachwycona, siorbałam go z takim smakiem, że mama musiała mi w końcu zwrócić uwagę: „Nino, czy nie mogłabyś się rozkoszować swoim prezentem trochę ciszej?”. Teraz nie dostaję już takich fajnych prezentów. A może po prostu nie potrafię się już tak fajnie nimi cieszyć. Mały człowiek przeżywa wszystko inaczej; w ważnych momentach cały staje się jedną wielką, niczym nie podbarwioną emocją. Później przybywa mu lat i wzrostu, w związku z czym robi się w nim o wiele więcej miejsca. Wydłużają się nogi, wydłużają się ręce, następuje ekspansja tułowia; można sobie w tym M-4 nagromadzić zmartwień, naskładać sprzeczności, perspektyw i odcieni.

jeżycki technicolor

czwartek, 18 grudnia 2014

O poranku, w mój sen wślizguje się jakieś stłumione nagranie Deana Martina. Mambo Italiano gra w klasy z budzącą się świadomością. Śnię zawsze w technicolorze, wielowątkowe pacnięcia rozemocjonowanej farby. Czasem mnie to niepokoi, czasem absorbuje tak dalece, że nie mam ochoty wstawać, bo rzeczywistość wydaje mi się niemożliwie szara w porównaniu do mojego prywatnego Hollywood. Zima w Polsce tym bardziej operuje ograniczoną paletą barw. Wygrzebuję się z wojskowego śpiwora. Patrzę w dół przez okno kamienicy; nawierzchnia ulicy lśni od wilgoci. Pada? Szukam kręgów na kałużach, ale większych brak; jakieś podłużne miniaturowe lusterka błyskają między fałdami w asfalcie. Siostra już wstała; pijemy porannego szatana do rytmu Martina i okazjonalnego tramwaju. Obie ścieżki dźwiękowe szumią na swój sposób. Patrzymy na kamienne balkony sąsiadów z naprzeciwka. Na balustradach siedzą zmarznięte gołębie. Nastroszone w kształt kanciastej kulki, chowają główki w siebie, jak rosyjskie damy w wielkich napuszonych paletkach.

kolaż bon voyage

piątek, 12 grudnia 2014

Ostatnie meksykańskie śniadanie. Jajecznica z papryczkami jalapeños, breja fasoli i papas fritas, oczywiście w powodzi wściekle ostrej salsy. Jadę do taqueríi w japonkach, bo nie chce mi się sznurować butów. Załapuję się na koniec audycji publicznego radia o tłumaczeniu perskiej poezji. Koniecznie kawa, ta amaretto, bo ostatnimi dniami wstaję z jej smakiem w tyle języka i akt jej zaparzenia zastępuje mi czasem śniadanie. Czy moja walizka waży 23 kilogramy? Dziwne urządzenie w kształcie wieszaka wyświetla wagę, ale tylko w funtach. Irracjonalny lęk, że w czasie mojej nieobecności w mieszkaniu rozpanoszą się karaluchy. Czy zabrałam wszystkie ładowarki? Każde cudeńko mające rzekomo ułatwić mi życie oddaje się radosnej prokreacji; towarzyszy mu już nie tylko ładowarka, ale i dodatkowy dłuższy przewód, i jeszcze dodatkowa wtyczka, taka rozgałęziona, żeby można było w nią wetknąć jeszcze więcej podobnych cudeniek, i oczywiście konwerter. Parzenie kawy opóźnia wyjazd na lotnisko. Krążę nad lejkiem jak kat nad dobrą duszą, a on stoicko kap - i zator, kap - i zator.


chmury i wiatr, i słońce

poniedziałek, 8 grudnia 2014


W drodze na Teksaski Festiwal Renesansowy, podziwiamy chmury. Dzień jest wietrzny, a chmury widowiskowe. Przypominają mi beztroski obraz brytyjskiej impresjonistki Laury Knight: białe kłęby chmur wypełniają prawie całe płótno. Na samym dole, na żółtej od słońca trawie, leżą na kocu dwie kobiety. Jedna otwiera zieloną parasolkę; w cieniu rozpiętego materiału jej ramię wydaje się czerwone. Druga opiera się na ręce, jej długie włosy rozwiewa mocny wiatr. Ma ciemne nakrycie głowy - rozważnie, mało romantycznie. Niedaleko nich pasiasty leżak. Nie ma nic lepszego niż chmury, no może poza festiwalowym popcornem, który prażony jest w wielkim kotle z brązowym cukrem i ma zagadkowy słodko-słony smak, tak że człowiek chrupie i chrupie, aż go szczęki bolą, bo nie może się zorientować, czy mu to smakuje, czy jednak niekoniecznie. Kupuję wielką plastikową tytkę od handlarza ubranego w renesansowe bufki i od razu wkładam w nią całą głowę, niczym Kubuś Puchatek.

Dobrze, że Mężczyzna jest obok, żeby w razie czego wyciągnąć mnie za nogi.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo