Nikt dokładnie nie wie, kto powiedział to pierwszy, ale w Stanach powtarzano to z przekonaniem już na początku wieku XX. W Stanach Zjednoczonych wszystko wydaje się większe: „małe” mieszkania pomieściłyby kilka rodzin, biurowce giną w chmurach, porcja dla jednej osoby nakarmiłaby dwie albo trzy, dwupasmowa jednokierunkowa szosa jest już ciasnawa. Więc dlaczego akurat „wszystko jest większe w Teksasie”? Prawdopodobnie ma to coś do czynienia ze spektakularnym rozmiarem samego stanu, który do momentu kupna Alaski szczycił się mianem największego stanu w całej unii (i dla nieuków, którzy przespali to wydarzenie, nadal nim jest). A może jest to kwestia rozległych przestrzeni i wielkich rancz, które uczyniły Teksas tym, czym jest teraz. W każdym razie Teksańczycy (i inni Amerykanie) z upodobaniem to hasło powtarzają. Pamiętam, że gdy przejeżdżałam przez jakieś pasmo górskie w Kolorado, natrafiliśmy na wielkie usypisko pokryte ogromnymi wapiennymi kamulcami. Wyglądało to niemal jak składowisko asfaltowych bloków przed rozpoczęciem budowy. Przewodniczka, która zdążyła nam już kilkakrotnie oznajmić, że pochodzi z Teksasu, ogłosiła przez megafon: „A teraz proszę spojrzeć za okno, po lewej stronie widzicie państwo to, co my w Teksasie zwykle nazywamy żwirem”.
Mex w Tex
Otwieram drzwi do mieszkania i uwalniam mały kolorowy kartonik, który spada na ziemię, trzepocząc jak motyl. Podnoszę, obracam. Curandera y consejera, uzdrowicielka i doradca, Señora Carmen. Kartonik zwraca się do mnie uprzejmie, per pani.
Lokalny numer telefonu. Na odwrocie zodiak i pragmatyczna zachęta: „Z tym kuponem czyszczenie aury za darmo”.
Po jednej stronie tekstu La Guadelupana, brązowa Matka Boska w gwiaździstym płaszczu, po drugiej Santa Muerte, Święta Śmierć, meksykańska patronka wszystkich poszkodowanych, prześladowanych i potępionych, odmieńców i samobójców, homoseksualistów i innych queersów, straceńców i przestępców, i pieprzonych indywidualistów. Opiekuje się tymi, którzy pracują w nocy i narażeni są na bezsensowną przemoc: chroni taksówkarzy, policjantów, przemytników, prostytutki, barmanów i mariachis, nocnych muzykantów.
„Chce Pani zyskać miłość, sukces i pieniądze? Cierpi Pani z jakiegoś nieznanego powodu? Myśli Pani, że szczęście Panią opuściło? Szuka Pani odpowiedzi, ale bezskutecznie? Chce Pani odzyskać utraconego partnera? Mamy odpowiedź na wszelkie problemy, nieważne jak wielkie. Odczyniamy rzucone uroki, usuwamy zawiść i na nowo łączymy to, co się rozpadło”.
Po jednej stronie tekstu La Guadelupana, brązowa Matka Boska w gwiaździstym płaszczu, po drugiej Santa Muerte, Święta Śmierć, meksykańska patronka wszystkich poszkodowanych, prześladowanych i potępionych, odmieńców i samobójców, homoseksualistów i innych queersów, straceńców i przestępców, i pieprzonych indywidualistów. Opiekuje się tymi, którzy pracują w nocy i narażeni są na bezsensowną przemoc: chroni taksówkarzy, policjantów, przemytników, prostytutki, barmanów i mariachis, nocnych muzykantów.
| Wyznawcy Santa Muerte przy sanktuarium w Mexico City. By Thelmadatter, CC BY-SA 3.0, źródło |
rasa szkaradna
Cykl rozważań o bieli zainspirowany został The Whiteness Project. Obecnie na stronie można obejrzeć nie tylko wypowiedzi mieszkańców Buffalo, NY, ale także młodych ludzi z Dallas w Teksasie. Warto posłuchać. Na przykład wypowiedzi białego Connora, aresztowanego około dwudziestu razy.
Odcinek drugi: Czy odczuwa Pani konsekwencje swojej bieli?
literatura amerykańska
rasa szkaradna
Przyciągnął mnie tytuł. Do teraz nie wiem, czy „wszystkie dzieci ciotki Hagar” to idiom powszechnie na Południu znany, czy też jest to po prostu barwne określenie należące do idiolektu cioci Penny, jednej z postaci opisywanych przez Jonesa. Tak czy inaczej, powinno dać do myślenia, że dla rozmówców Penny znaczenie tej frazy jest oczywiste. Motywy biblijne są na Południu przejrzyste nawet dla niepraktykujących. „Dzieci ciotki Hagar”: dzieci tej gorszej, dzieci niewolnicy. Oczywiście, są traktowane jednakowo. Oczywiście, nie mogą się równać z tym obiecanym, wyczekiwanym synem prawowitej żony. Oczywiście, gdy sięgną po to, co nie dla nich, prosto z przyjęcia zostaną wygnane na pustynię z jednym bukłakiem wody. Aksjomaty.
literatura amerykańska
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
Najpierw lata całe słyszymy od rodziców i mentorów, że „możemy wszystko” i z rozłożonej talii kart, jaką oferuje nam życie, możemy naprawdę wybrać każdą kartę, nawet kilka równocześnie! To jest fajny okres. Potem ani się oglądamy, a nadchodzi taki moment, gdy czas pewne opcje na amen przyklepuje. Pewne perspektywy przeterminowywują się bardzo szybko i w sposób oczywisty (nie zostanę baletmistrzem), inne – wolno i subtelnie. Teoretycznie mogę jeszcze zostać neurochirurgiem, internistą albo antropologiem sądowym: co to dla mnie! Prawdopodobnie jednak, rozwijając się w moim obecnym zawodzie i zbierając lata doświadczenia, nie starczy mi już godzin dnia ani pamięci operacyjnej na karierę na równoległym poziomie: pewien pociąg odjechał. Urok rzeczywistości złożonej z opcji binarnych.
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
Teksaskie skarby
Ostatnia dekada XIX w. została ochrzczona epoką „gejowską”. Oczywiście, jest to tylko taki semantyczny smaczek, bo na początku XX w. przymiotnik „gay” nie miał w języku angielskim żadnych homoseksualnych konotacji; oznaczał po prostu beztroskę, radość i ogólne zadowolenie z życia. W rzeczywistości jednak schyłek XIX w. mało miał wspólnego z beztroską, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Zmagania gospodarcze, kształtowanie się granic zachodnich terytoriów, wielokrotne strajki robotnicze, niektóre krwawe, inne zakończone skutkiem wręcz odwrotnym do zamierzonego. Ostatnie zrywy niepodległościowe amerykańskich Indian, gorączka złota w Klondike i apogeum kolei, choć pojawiły się już pierwsze automobile, a także – uwaga – skromny rower. Beztroska, okres niewinności i raj utracony? Być może, zwłaszcza z perspektywy XX w. Horror I wojny światowej uczynił wszystkie poprzednie zmagania banalnymi, a czas zrobił swoje: przeszłość zawsze ładniej wychodzi na zdjęciach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


