Ta nowelka – niewiele ponad sto stron – to
jedna z książek dla mnie najważniejszych. Czytałam ją zaraz po wydaniu, czyli sześć lat temu. Dopiero niedawno, na potrzeby tego cyklu, przejrzałam nieliczne, krążące w internecie recenzje i z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że
nowela Chang uważana jest powszechnie za książkę „o pisaniu poezji”. Jakoś tego wąskiego czytania nie kupuję – ale może to moje zboczenie. Nie potrafię poważnie potraktować idei
studiów magisterskich, na których rozintelektualizowani młodzi gniewni uczą się pisać poezje i dyskutują bez ironii o tym, kim jest „prawdziwy poeta”. Być może jest to przepaść kulturowa; uniwersytety amerykańskie oferują takie i podobne studia jak najbardziej poważnie. Ale ja natychmiast uznałam, że
realia opisywane przez Chang to tylko i wyłącznie pretekst do medytacji o czymś innym, głębszym. Jeśli mam rację i Chang
faktycznie analizuje mit najdroższy amerykańskiemu sercu – mit sukcesu – to poezja, w której ćwiczą się główni bohaterowie, jest dla autorki tylko
metaforą. Metaforą bardzo celną, bo świetnie podkreśla efemeryczność całego przedsięwzięcia.
Co sprawia, że osiąga się sukces, a William Carlos Williams to kultowy amerykański poeta? Nikt nic nie wie. Talent. Warsztat. Nastrój. Wyczucie czasu. Ciężka praca. Subiektywna reakcja odbiorców. Układ gwiazd. Tabaka w rogu. W języku greckim
poieo, słowo, od którego wzięła się nasza „poezja”, to po prostu „czynię, robię”. To tylko świat zachodni z biegiem czasu uznał poezję za szczyt niepraktyczności.