Warszawa jedyna
Babcia jest Niemką.
„Ale taką prawdziwą Niemką, czy Niemką z Mazur?” - zapytał mnie starszy Niemiec-imigrant, w którego piekarni kupowałam chleb wieloziarnisty i kilka obiecujących bułeczek obsypanych ziarenkami, ale, jak się później okazało, zabarwionych karmelem. Szyld na zewnątrz ogłaszał po angielsku, że znalazłam się w niemieckiej piekarni i kawiarni, i eksponował flagę teksaską i niemiecką. Miejsce obwieszone było niemieckimi suwenirami, zestawionymi bez większego ładu i składu. Tu kamionkowe, pękate kubki malowane w kwiaty, tam ozdobne deski do krojenia chleba, stos podniszczonych, niemieckich Pań Domu, rzeźbiona fajka, barometr z panią i panem w bawarskich ubraniach, szklanica na napiwki w czarno-żółto-czerwonej skarpecie. Na jednej ze sklejkowych szafek leżał na grzbiecie teksaski armadillo (pancernik) z butelką wściekle różowego szampana w łapach. „A kim jest pan?” - chciało mi się zapytać. Zwłaszcza po spróbowaniu piekarnianego Bratwursta.
„Ale taką prawdziwą Niemką, czy Niemką z Mazur?” - zapytał mnie starszy Niemiec-imigrant, w którego piekarni kupowałam chleb wieloziarnisty i kilka obiecujących bułeczek obsypanych ziarenkami, ale, jak się później okazało, zabarwionych karmelem. Szyld na zewnątrz ogłaszał po angielsku, że znalazłam się w niemieckiej piekarni i kawiarni, i eksponował flagę teksaską i niemiecką. Miejsce obwieszone było niemieckimi suwenirami, zestawionymi bez większego ładu i składu. Tu kamionkowe, pękate kubki malowane w kwiaty, tam ozdobne deski do krojenia chleba, stos podniszczonych, niemieckich Pań Domu, rzeźbiona fajka, barometr z panią i panem w bawarskich ubraniach, szklanica na napiwki w czarno-żółto-czerwonej skarpecie. Na jednej ze sklejkowych szafek leżał na grzbiecie teksaski armadillo (pancernik) z butelką wściekle różowego szampana w łapach. „A kim jest pan?” - chciało mi się zapytać. Zwłaszcza po spróbowaniu piekarnianego Bratwursta.
firmowe rozkminki
To chyba było na drugim albo trzecim roku studiów. Marzec albo początek kwietnia. Wiatr na plaży potrafił być jeszcze całkiem lodowaty. Pogoda jednak na tyle wiosenna, że ku zgrozie Mamy pojechałam w króciutkiej ortalionowej kurteczce podszytej wiatrem i polarem. Wysłałam wykładowcom emaila, że przez tydzień mnie nie będzie. W sumie było to niepotrzebne, bo każdy student miał prawo do dwóch niewyjaśnionych nieobecności, ale ja nie lubię zostawiać spraw nieprzyfastrygowanych, siepiących się niechlujnie. Coś tam trzeba było oddać, nie oddałam; czymś tam się przejmować, u mnie nastąpił już przesyt.
emigracja
To
były pierwsze Święta, które spędzałam z dala od rodziny, i czułam się z
tego powodu podle. Bardziej niż sam fakt mojej nieobecności bolało mnie
to, że nie wolno mi było wrócić.
Myślę, że to jedna z tych rzeczy, dla których nie ma przeskoczenia ani pojednania, ani odkupienia.
Tak, zdecydowanie jestem duszą niepokorną. Inne osoby przyjeżdżają na krótkofalową wizę i zostają, później kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie mogą przekroczyć granicy. W odległym kraju ojczystym, najbliżsi pobierają się, rodzą dzieci, chorują i umierają, a ich tam nie ma. Moje półtora roku nie ma co stawać w szranki z takim przebiegiem. A jednak myślę, że czas nie ma tu znaczenia, i nie ma znaczenia większa lub mniejsza rogatość duszy. Takie uczucie ubezwłasnowolnienia, więcej: arbitralnego gwałcenia ludzkiej woli, niszczy umysł. Tylko tak jestem w stanie opisać moje uczucia z tych dwudziestu miesięcy, podczas których wydział do spraw cudzoziemców decydował, czy nie jestem zagrożeniem dla imperium.
Myślę, że to jedna z tych rzeczy, dla których nie ma przeskoczenia ani pojednania, ani odkupienia.
Tak, zdecydowanie jestem duszą niepokorną. Inne osoby przyjeżdżają na krótkofalową wizę i zostają, później kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie mogą przekroczyć granicy. W odległym kraju ojczystym, najbliżsi pobierają się, rodzą dzieci, chorują i umierają, a ich tam nie ma. Moje półtora roku nie ma co stawać w szranki z takim przebiegiem. A jednak myślę, że czas nie ma tu znaczenia, i nie ma znaczenia większa lub mniejsza rogatość duszy. Takie uczucie ubezwłasnowolnienia, więcej: arbitralnego gwałcenia ludzkiej woli, niszczy umysł. Tylko tak jestem w stanie opisać moje uczucia z tych dwudziestu miesięcy, podczas których wydział do spraw cudzoziemców decydował, czy nie jestem zagrożeniem dla imperium.
Teksaskie skarby
Żywot pospolitego kowboja wcale nie był takim emocjonującym zajęciem, jak wynikałoby z powieści Zane Greya i Maxa Branda. Poza żelaznymi nerwami i parą porządnych cojones, trzeba było umieć mało sypiać, harować jak wół i nie brzydzić się żadną, nawet najbardziej niewdzięczną robotą, a głównie to zaciskać pasa, bo pieniędzy nie było z tego prawie żadnych! Przekonał się o tym Fergus Dooley, gdy jako młodzieniaszek porzucił ojczystą Indianę i udał się na Dziki Zachód w poszukiwaniu przygody i dolarów.
Teksaski Paszport
Kolejny wpis, który pół roku spędził w twórczym inkubatorze i dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Zwłokę należy tym razem przypisać prawdopodobnie temu, że z Margaritami mam wybitnie nie po drodze, jak i z całą resztą przesłodzonych napojów - i alkoholowych, i dziewiczych. Dobra (czyt. klasyczna) Margarita nie jest zła, ale, jak podsumował ironicznie magazyn Texas Monthly, „zbyt często to, co podaje się jako Margaritę, wygląda jak slurpee, smakuje jak lemoniada i uderza do głowy mniej więcej tak samo, jak poncz na baptystycznym weselu”. (Porównanie środowiskowe. Powszechne na amerykańskim Południu ugrupowanie protestanckie Southern Baptists uchodzi za bardzo konserwatywne w sprawach obyczajowych, więc siła uderzeniowa ponczu na kościelnym przyjęciu byłaby - jeśli to możliwe - wręcz ujemna).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


