Nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Nie zmazałam jednak, bo odkrycie to wydało mi się krzepiące.
Od tamtego pierwszego razu po każdym zaparowaniu napis jest ciut bledszy, ale nadal uporczywie broni się przed całkowitym zniknięciem. Trochę mi tego znikania żal, ale nie mogę zapobiec stracie. Po wyprowadzeniu się każdego lokatora Carlos z grupą robotników pieczołowicie zamazują ślady cudzego istnienia. Robią to akurat w sąsiednim budynku, więc widzę, co się dzieje. Wszelkie pozostawione graty są wywożone w wielkiej klatce, niczym na niedźwiedzia, owiniętej srebrzystą siatką. Zrywana jest wykładzina. Kładzione jest nowe linoleum. Wymieniane są listwy przypodłogowe. Wszystko jest malowane na bezosobowy beż. Nie ma plam na ścianach, nie ma dziur po obrazach i figurkach, nie ma nalotu na wywietrzniku nad kuchenką, który zdradziłby mi, czy mieszkańcy pochodzili z Indii czy z Meksyku, czy preferowali curry i kolendrę czy kmin rzymski i chili. Mieszkanie jest bezlitośnie sterylne. Pachnie farbą i klejem. Tylko ten napis na lustrze...
Z mieszkania na piętrze w budynku obok wychodzi Howard. Dostrzega mnie na antresoli, podnosi w górę ręce w dramatycznym geście i zaczyna skargę: „Naprawiałem u sąsiadów cieknący kran. Nawet ten tutejszy mechanik nie był w stanie tego naprawić. Ja nie wiem, co jest z tym osiedlem nie tak. Całe to osiedle jest popieprzone!”.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz