Nikt nawet nie pisnął, kiedy, włączając się do ruchu (całkiem ożywionego) na wstecznym, pomyliłam następnie biegi i z wielkim rykiem silnika próbowałam ruszyć na luzie (nie da się). Tyle jeśli chodzi o moje niesamowite umiejętności jako kierowcy.
Oczywiście, dzielę się tymi wszystkimi perypetiami z Mężczyzną... Podobno to błąd, ale ogólnie wszystkim się z nim dzielę. Kiedy raz wyprałam blisko tysiąc dolarów, które miał w kieszeni spodni, też mu to radośnie zakomunikowałam, zamiast, głupia, wysuszyć i przemilczeć (uszczknąwszy, rzecz jasna, stówkę lub dwie na rzecz funduszu szpilkowego). Może dlatego, wiedząc o moich możliwościach, tak nalegał na tego pickupa. Powiedział dyplomatycznie, że „będę wówczas bardziej szanowana na drodze”. Nie wiem za bardzo, co to znaczy. Smartem też przecież można spowodować stłuczkę, tak czy nie? Nie wiem, dlaczego ludzie mają hamować akurat na widok pickupa.
Oczywiście, wielkość robi wrażenie. I ta ponadprzeciętna wysokość też jest fajna. Więcej widać. Innym kierowcom można na głowy napluć (lub na dach), zwłaszcza tym, co pomykają w malutkich, pożal się Boże, nissankach czy toyotkach, maskotkach takich. Co za radość! (Gorzej, kiedy chcę się gdzieś wybić na ciuchy z moją znajomą Annette. Annette już dawno stuknęła siedemdziesiątka, a w tym wieku dawanie wielkich kroków o kilkadziesiąt centymetrów wzwyż to nie jest, panie tego, takie hop siup. Dlatego specjalnie na jej użytek zaczęłam wozić z sobą plastikowy schodek, żeby łatwiej jej było wdrapać się do mojego cockpitu).
Ogólnie mój pickup w Polsce kwalifikuje się do miana półciężarówki. Można nawet sobie odpisać coś tam od podatku, jak się go kupi na firmę. Nic tylko brać! Tylko z parkowaniem kłopot. Mityczny stan „wyczucia samochodu” jakoś mi się wymyka. Przywykłam myśleć o sobie raczej w kategoriach drobnej istotki, a tu z dnia na dzień mam pupsko jak szafa. Z tego powodu kilkakrotnie wjechałam już tylnym kołem na krawężnik, bo przy zakrętach trzeba zrobić wielki, przemyślany zamach, a nie tak że spontanicznie se skręcę. Za każdym razem, gdy się to dzieje, wyobrażam sobie wielkiego flaka w oponie i kulę się w cockpicie ze wstydu. A zaraz potem ogarnia mnie furia. Na Mężczyznę oczywiście (mam to korzystam). Coś by się stało, jak by mi kupił hondę?
Z czasem jednak przestaję traktować linie parkingowe tak ortodoksyjnie... Mój kompleks „ja vs. reszta świata” kazał mi wierzyć, że gdy raz zaparkuję na linii (względnie liniach), to po wyjściu z supermarketu zastanę przy samochodzie całą ekipę CNN. Okazuje się jednak, że większość kierowców pickupów podchodzi do linii parkingowych z pewną nonszalancją. W naszym bloku pięciu lokatorów ma pickupy. I szczerze mówiąc, każdy parkuje sobie a muzom. Tylko ja, jak wychodzi ze mnie niemiecka krew, tak że Ordnung koniecznie muss sein, to i ze cztery razy będę cofać, żeby się idealnie wpasować w moje miejsce. Rękę sobie na tej kierownicy wykręcę, okolicę zasmrodzę, a stanę prosto. Ach, zasłużyłam na oklaski i medal!
Zwykle na szczęście przeważają jednak we mnie impulsy słowiańskie (i być może węgierskie?) i wtedy trzaskam drzwiami i, że się tak elegancko wyrażę, w nosie mam i się wypinam. Która to postawa czyni mnie pełnoprawnym członkiem bractwa pickupowców.

