Zwłaszcza na wysokiej wykładzinie, jedynym minusie mojego nowego mieszkania. Ten fakt również staram się, zawzięcie wdychając roztocza, zignorować.
Odkurzacz jest prawdopodobnie zepsuty. Przyznaję, że ku takiemu rozwiązaniu zagadki odkurzacza skłania się logika. Ma to sens zwłaszcza w tym kraju, gdzie akceptowalne jest zostawienie zepsutego na amen samochodu na trawniku przed domem. Kopnął w kalendarz, to jego wina. Co mam się przemęczać, taskać grata na złomowisko, targować się o marne kilkadziesiąt dolarów. Jak kiedyś Duch mnie natchnie, to może go zreperuję. Tymczasem niech sobie zarasta trawą, chwastem i kwieciem. Podejrzewam (cyniczną częścią mnie), że turkusowa Eureka została podobnie spisana na straty. A mojemu sąsiadowi szkoda tarmosić kręgosłupa i dźwigać grata na śmietnik (wcale nie szaleńczo odległy, ale jednak kilka kroków trzeba zrobić). Kto wie, może przedstawia również dla niego jakąś wartość sentymentalną? Prezent, zakup wspólny z kimś, kto odszedł do osobistej historii? Mało prawdopodobne, ale nie o takich prezentach się słyszało. (Z własnego poletka: „Kochanie, zobacz co ci przywiozłem!” Otwieram podekscytowana bagażnik, a w nim zgrzewka wody Dasani, którą na dodatek, jako produkowaną przez Coca Cola Company, zażarcie bojkotuję. A tu mąż odgrywa łamistrajka. Ale nie o tym...). Odkurzacz jest zepsuty, uchwalam logicznie.
A jednak. Gdy wychodzę na moją antresolę i patrzę w prawo na sąsiednie drzwi, odczuwam rodzaj irracjonalnego pokrzepienia. Krzepiąca jest ta dziecięca ufność w dobro wszechświata. I co z tego, że cynik we mnie gada jak nakręcony: „Zepsuty, mówię ci! Zepsuty!”
„Bla bla” - ja mu na to. Bla bla. Ja tam swoje wiem.
Przy zamykaniu moich drzwi trzęsie się cała ściana. To tak apropos bezpieczeństwa.
