Człowiek z jednej strony chce, żeby wszystko układało się po jego myśli, a z drugiej narzeka, że życie ma nudne i nic ciekawego mu się nie przytrafia. (Oczywiście mówiąc „człowiek”, mam na myśli siebie, bo reszta świata mnie za bardzo nie obchodzi, mnie obchodzi to, że mnie but uciska!). A życie: „Ty mi tak, to ja też tobie tak”, i proszę bardzo: Idę wyrzucić śmieci i przy okazji zamaszystym łukiem wrzucam do wielkiego kontenera, razem ze śmieciami, pęk moich kluczy. Kluczy do wszystkiego, absolutnie do wszystkiego. Bez nich jestem nikim, jestem bezdomna i bezrobotna, w położeniu o wiele gorszym niż panowie pod mostem, bo oni wożą ze sobą zwykle furę swoich rzeczy, a przynajmniej reklamóweczkę lub dwie, a ja nie mam ani komórki, ani samochodu, ani szczoteczki do zębów. Ni toch! Jeno co mi się te okulary słoneczne na nosie ostały i T-shirt w paseczki na grzbiecie. Dodam, że jestem w stanie przedmakijażowym i przedprysznicowym, więc nie ma co się łudzić, że ktoś mi pomoże, bo wiadomo, tylko ładnym i zgrabnym, a ja nawet szortów seksownych nie mam, tylko jakieś workowate, obzęzane porcięta. Umarł w klapkach!
Oczywiście mój pierwszy odruch to wskoczyć na główkę do kontenera i chwycić zgubę w zęby, ale po pierwsze trudno to zrobić, bo kontener sięga mi do ramion, po drugie jest prawie pusty i na tyle niestabilny, że podciągając się na jego brzegu całym moim ciężarem niechybnie stałabym się kolejnym laureatem tegorocznej nagrody Darwina. Iść po pomoc też raczej nie mogę, bo boję się, że pod moją obecność ktoś wrzuci swoje śmieci, przywali moje klucze i pogrzebie tym samym wszelką nadzieję. Jedyna alternatywa to wyciągnąć je z mulistego dna jakoś inaczej. Najlepiej czymś z haczykiem na końcu, na przykład rozwidlonym patykiem.
Usiłuję zmusić się do logicznego myślenia, ale logika i precyzja w takim stanie, tere fere kuku. Znajduję odpowiedni patyk, ale łapa mi cała lata i rozmazuję tylko czarną maź na ściance śmietnika. Pająki przeganiam i co tam jeszcze, strach nawet się przyglądać. Klucze tymczasem mrygają do mnie z dna zachęcająco, jak zakopany skarb z lat dziecinnych. Złap nas, maleństwo, a spełnimy każde twe życzenie. Damy ci królestwo, pół księżniczki i nagrodę Pulitzera.
Po dobrych piętnastu minutach skrajnego roztrzęsienia wyciągam ostatecznie te klucze. Tylko że jest godzina ósma czterdzieści rano, poniedziałek, i ogólnie potrzebuję jeszcze jednej niedzieli, zanim znowu wejdę na ring i dostanę kolejny grzmocący cios w jajniki. A tu tydzień u płota. Nie narzekam jednak, bo dostało mi się w łeb za moje marudzenie; moje życie jest oczywiście cudowne.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy
Prześlij komentarz