medytacja o sieci

wtorek, 12 maja 2015

Rzecz zadziała się w małej wiosce, której nazwę zna tylko powieściopisarz: być może David Davidar, być może Arundhati Roy. Nie mam niestety ze sobą mojego księgozbioru, żeby rzecz zweryfikować. Wioski nie widać jej na mapie, wpadła gdzieś w jakieś zagniecenie obszernego Półwyspu Indyjskiego, a poza tym i tak była tak maleńka i trudno dostępna, że zawieruchy zewnętrznego świata przewalały się obok niej, ledwo na nią wpływając. Życie w wiosce od dziesięcioleci toczyło się swoim własnym, niespiesznym rytmem; mieszkańcy utrzymywali się z płodów ziemi i lasu, przestrzegali starożytnych tradycji i szanowali strefy tabu. Aż nadeszły późne lata 90. Jeden z synów tego zapomnianego przez wszystkich kawałka ziemi, powrócił do domu z wielkiego miasta i aby zrobić przyjemność matce-staruszce, zainstalował jej w domu telewizor i podłączył kablówkę. I tak oto nagle, bez uprzedzenia, do maleńkiej wioski wdarł się świat. Spikerzy z kamienną twarzą opisujący niezrozumiałe wydarzenia w niezrozumiale skonstruowanych miastach, nieodgadnione mapy z nieodgadnioną legendą; produkty, bez których nie sposób osiągnąć szczęścia, rozebrane kobiety tańczące bez wstydu do agresywnej muzyki, historie pełne obcych namiętności, ludzie bełkoczący obcymi językami; niewytłumaczalne sploty ciał; jasnoczerwona farba tryskająca ze zmaltretowanych manekinów.
Cały świat, bez retuszu, zaćmienia, prezerwatywy ani litości.
Zapamiętałam tę historię, bo mam wrażenie, że ukazuje pewną - jak by to powiedzieć? - nienaturalność naszego połączonego świata. (Nienaturalność intuicyjną, nie rzeczywistą. Bo co jest naturalne faktycznie? Wykrwawianie się na śmierć podczas porodu, w wieku szesnastu lat? Intuicyjnie, również to zjawisko wydaje się nienaturalne, wysoce nienaturalne). Zdecydowanie nie jestem medialnym malkontentem; przeciwnie, ogólny dostęp do informacji uważam za wielkie dobro. Jak pisze Thomas Friedman w książce „Leksus i drzewo oliwne”, systemy totalitarne i inne projekty oparte w dużej mierze na kreatywnym łganiu i ludzkiej bezsilności, w obecnym połączonym świecie mają ogromnie utrudnione zadanie. (Friedman uważa wręcz, że są niemożliwe: optymista. Stawia również kontrowersyjną tezę, że nigdy nie dojdzie do wojny między dwoma krajami, w których działa McDonald’s: efekciarz).

A jednak istnieją w tym bardzo korzystnie połączonym świecie nieodgadnione pokłady inwazyjności, którą - ponownie - bardzo dobrze ukazuje powyższa historia. Pamiętam, jak na jakiejś wycieczce (późną nocą) moje współlokatorki wyciągnęły tablety i zaczęły śmiać się z jakiegoś filmiku na youtubie, który uwieczniał nieudany pocałunek niedoświadczonej widać pary. W pewnym momencie jedna z nich zapytała:
„Ale tak na serio, jak dzieciaki wiedziały, jak się do tego zabrać, zanim powstały filmy i zaczął się youtube?”
Jak na moment nocnej głupawki pytanie całkiem inteligentne, ale mam lepsze. Pierwsze pocałunki, pierwsze nieudolne kleksy na zupełnie białej kartce - czy są jeszcze możliwe? Być może nie ma już żadnych pierwszych razów w sensie ścisłym; są tylko pierwsze, uważne próby pójścia za internetowym tutorialem. Być może nie ma też myśli oryginalnej w sensie ścisłym: do każdego słowa, do każdego działania dołączony jest nieskończony ciąg przypisów rosnący w czasie rzeczywistym. Opinie, obrazy, filmiki, hashtagi, cytaty, selfiki, profile, memy, lajki, strzępki muzyki, dziesięć tysięcy tweetów na sekundę; świat bez retuszu, bez litości, bez gumki.

Piszę to dlatego, że im dłużej bloguję, tym trudniej mi się opędzić od okołoblogerskiego zgiełku. Blogowanie jest tu tylko przykładem, bo chodzi mi ogólnie o problemy codziennego życia: im więcej decyzji podejmuję, tym trudniej mi się opędzić od okołodecyzyjnego zgiełku. W dzisiejszym połączonym świecie, coraz trudniej o prawdziwie przedwyborczą ciszę; kontekst przysłania tekst główny, zaczyna pączkować jak upiorne drożdże, wylewa się z dzieży i pożera wszystko jak wielki kontekstowy potwór. Skromny tekst główny nie ma szans.

I nie, nie mam za bardzo recepty na utrzymanie równowagi umysłu w świecie o nieskończonej liczbie opcji; majaczy mi się jedynie, że nasza relacja z mediami, tak jak każda zdrowa relacja, romantyczna czy inna, powinna zawierać w sobie spory element niezależności z naszej strony, w przeciwnym razie okaże się zbyt absorbująca, destrukcyjna i przede wszystkim mało twórcza.
Media połączone to pewien żywioł: należy puścić go odpowiednio wyżłobionym korytem właśnie tak, żeby napędził nasz młyn - bez demolowania przy tym całej misternie wyobrażonej konstrukcji.
Tutaj przypomina mi się pewna emocja z dzieciństwa, którą usilnie staram się w sobie pielęgnować: z racji zawodu mojego Taty, jako kilkuletnia dziewczynka często byłam zabierana na wielogodzinne nasiadówki dla dorosłych, podczas których oczywiście musiałam zachowywać się bardzo cicho. (Kto ma dzieci, ten wie, że trudno o cichy model). Któregoś dnia podczas takiego właśnie spotkania, żeby mnie czymś zająć, Mama dała mi do zabawy dużą, bawełnianą chusteczkę do nosa. Podobno okazał się to hit. Chusteczka całkowicie mnie pochłonęła: kładłam ją sobie na głowie, składałam ją w różne kształty, utrzymywałam ją dmuchaniem w powietrzu, sprawdzałam, jak daleko odfrunie za jednym dmuchem, usiłowałam wynaleźć pismo węzełkowe i tak dalej. Kiedy czuję się autentycznie ogłupiona całym otaczającym mnie zgiełkiem, odtwarzam sobie w umyśle ten filmik (youtube wymięka przy mojej kolekcji wspomnień). Myślę sobie o sile dziecięcego skupienia, które potrafi wygłuszyć wszystkie inne bodźce i zastygnąć w niczym nie zakłóconym zachwycie nad tym, co stworzone własną wyobraźnią. Gdzieś tam ta umiejętność jeszcze we mnie jest, pod warstwami mułu i szlamu, które - razem z perełkami - niosą wody otaczających nas bodźców.
Share /

6 komentarzy

  1. No właśnie. Przewrotnie żyjemy w czasach tak wielu bodźców ,że powoli stajemy się głusi na to nasze wewnętrzne, naturalne wołanie. Niestety każdy postęp niesie za sobą skutki uboczne. I łatwo jest mówić ,że wystarczy tylko oddzielić to co korzystne i potrzebne od tego co zmienia nas w zombie, kiedy chcąc nie chcąc wszyscy w jakimś stopniu zostaliśmy "wciągnięci".
    Czas na powrót ku naturze! :))
    Pozdrawiam Cię ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amen na powrót ku naturze!! Na szczęście ostatnio trafiło mi się kilka wolniejszych dni, po prawie dwumiesięcznym maratonie. Kiedy człowiek jest zmęczony, mam wrażenie, że jakoś mniej te wszystkie bodźce filtruje i trudniej mu robić ten odsiew. Uwielbiam zasoby informacji, które oferują nam media - ale też uważam, by nie stłumić tego wewnętrznego głosu, wewnętrznego wołania, bo bez niego się nic nie zadzieje...

      Usuń
  2. "Nienaturalność naszego, połączonego świata"- medytacja o sieci- ciekawie to napisałaś. Nie wyobrażam sobie życia bez internetu, telefonu i telewizji i coraz mniej chwil, gdy wszystko wyłączam.
    Ta chusteczka to klamra spinająca początek z końcem- jestem pod wrażeniem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za dobre słowa, Elżbieto...

      Jak dawno to było: życie bez internetu! Kto wie, może to w ogóle nieprawda? :)

      Usuń
  3. Dobrze powiedziane Karolino- " może to w ogóle nieprawda? :) Trudno uwierzyć, że można bez niego żyć. Tyyyyyyyyyyyyyyleeeeeeeeeee wiadomości. Ale zanim wybierze się coś dla siebie mija trochę czasu.

    OdpowiedzUsuń
  4. A wiesz, co jest najsmutniejsze? Że od tego nie ma juz odwrotu.Bo lubimy podglądać innych,lubimy gdy świat zabiega o nasza uwagę.Mamy w nosie fakt, że za każdym razem gdy wciśniemy pstryczkiem ON, wyłącza nam się kratywność, a włącza rutyna...
    Szkoda, ale to chyba proces nieodwacalny.

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo