wspomnienie
o śladach na piasku

piątek, 22 maja 2015

Przedwczoraj portal informacyjny Globo wita mnie wieścią, że w odległym zakątku brazylijskiego stanu Minas Gerais odnaleziono ciało lokalnego dziennikarza. Evany José Metzker miał skrępowane ręce, a jego głowę znaleziono jakieś sto metrów od ciała. Nie zabrano portfela, dowodu osobistego ani kosztowności. Kilka źródeł podaje, że ciało wykazywało ślady tortur. Kilka innych, że poza dekapitacją nie było żadnych ran.

Wchodzę na bloga Metzkera i po raz kolejny uderza mnie, jak daleko, mimo całego entuzjastycznego gadania o globalnej wiosce, leży Zachód od krajów rozwijających się. Strona krzykliwa i naćkana, w pierwszej chwili trudno mi się w niej połapać, bo jestem w trybie zachodnim i oczekuję porządku i przejrzystości pojmowanego na sposób zachodni.
Amatorskie fotki, dosłowne ujęcia spróchniałych z głodu zębów, rozbitej głowy w kałuży krwi, ciała zwisającego z szubienicy. Metzker pisał głównie o lokalnych krzywdach. Estetyka jakby z polskiego Faktu, tylko styl inny: chirurgiczny, zdawkowy, choć czcionka kapitalikowa. Tematy: nepotyzm, bierność władz, wykroczenia drogowe popełniane przez urzędników miejskich, nieudolność szpitali. Sporo bolesnych zadr. Zwłaszcza w kontekście małych, ubogich miasteczek, odosobnionych od reszty wielkiego kraju, z ustalonym status quo.

Globo, portal brazylijski, nie podaje, jaką sprawą zajmował się Metzker przed śmiercią. Dopiero w zagranicznych mediach znajduję informację o tym, że przygotowywał artykuł o prostytucji dziecięcej w regionie. Nie wiem, czy to Globo przemilczało tę informację, czy też media zachodnie usilnie szukają jakiegoś wystarczająco dramatycznego motywu zbrodni. Brazylia to ogólnie kraj dość niebezpieczny dla pracowników prasy. W ostatnich czterech latach, przynajmniej dziesięciu dziennikarzy zginęło tam pela profissão, z powodu zawodu. Nie wszyscy odkryli jakieś nadzwyczajne przekręty; działali głównie lokalnie. Wielu tak jak Metzker zajmowało się po prostu naświetlaniem codziennej korupcji i nieudolności władz. Używaniem samochodu służbowego do przewożenia własnych zakupów, jak to opisuje Metzker w jednym z ostatnich postów na blogu.

Przeglądam blog Metzkera i - ponownie - uderza mnie to, co wtedy, w 2010 r. w Bahii: jak mało potrzeba, żeby coś robić. Zachód przyzwyczajony jest do perfekcjonizmu i profesjonalizmu. Jeśli edukacja, to na tablecie; jeśli własny biznes, to z imponującym kosztorysem na start; jeśli blog, to na wordpressie, własnej domenie, zenboxie, twitterze, facebooku, asku; jeśli zdjęcia, to lustrzanką; jeśli teksty, to najlepsze, zwięzłe, wciągające i częste; jeśli działanie, to kompleksowe i długofalowe. Nie krytykuję tego pędu; pamiętam tylko, jak w małym brazylijskim miasteczku razem z inną wolontariuszką przychodziłyśmy wcześniej na zajęcia z przedszkolakami, żeby ręcznie skopiować wszystkie materiały. Papier był cienki, więc w sumie łatwo było wszystko odrysować; marszczył się w parnym powietrzu otwartego garażu, w którym miałyśmy zajęcia. (Gdzie ta klimatyzacja, według Amerykanów prawo konstytucyjne każdego człowieka? Jej brak to ponoć tortura). Oczywiście, fajnie byłoby mieć i kserokopiarkę, i nawiew, ale nie było ani tego, ani tego. Czasem umyka mi ta perspektywa, ta tolerancja dla niedoskonałości, choćby przejściowej. A naprawdę niewiele potrzeba, żeby coś robić, a przynajmniej, żeby zacząć coś robić. Okazuje się też, że niewiele trzeba, by się swoją aktywnością komuś narazić albo nawet zapłacić za to życiem.

Metzker miał na blogu brazylijskie powiedzenie: Tanto fiz que agora tanto faz. Taka gra słów; znaczy mniej więcej: Tyle robiłem, a teraz tyle to warte (w sensie, niewiele warte). Faktycznie, człowiek niby taki zajęty, a ile z tego zajęcia to po prostu kręcenie się wokół własnego ogona. Żadne tam wydeptywanie śladów na piasku, tylko zostawianie w nim odcisku naszych szanownych czterech liter, z biegiem czasu obrastających w tłuszcz. W Brazylii oczywiście wszyscy się zgadzają, że korupcja jest zła; zła jest też nieudolność władz, niedostateczna opieka medyczna, bezrobocie, podziały społeczne. To wszystko jest złe jak spożywanie białego cukru: mało z tego wynika. Pączki nadal się je, cukier do kawy się sypie, urzędników się przekupuje, oszustów wybiera się na kolejne kadencje. Zmiany, jeśli w ogóle następują, to tak niemożebnie powoli.

Nie zazdroszczę nikomu dekapitacji, bo to absurd. Zawsze podziwiam jednak ludzi, którzy działają w imię wiary w to, co niewidzialne. W tym wypadku: w sprawiedliwość, której teraz jeszcze nie widać; w coś lepszego, w które kolektywnie się wątpi.
Share /

4 komentarze

  1. Z tragedią innych jest tak, że jest nam przykro , uważamy ze to straszne ,ale nas nie dotyczy wiec szybko zapominamy. A powinniśmy pamiętać zawsze bo każda tragedia jest nasza wspólną, ludzką. I to smutne ale zarazem pokrzepiające, że gdzieś są ludzie którzy, jak napisałaś, "działają w imię wiary w to, co niewidzialne." I w sprawiedliwość ,której JESZCZE nie widać. Szkoda , że płacą za to najwyższą cenę. Pozdrawiam Cię i wysyłam pozytywną energię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brakuje mi czasem w systemie Google'a tego klawisza "lubię": wiadomo, czasem klika się w niego, bo jest łatwo, ale czasem po prostu trudno napisać coś bardziej odkrywczego :) Innymi słowy: "Tak, dokładnie" :)

      Usuń
  2. Ciekawy i zaskakujący wpis- wolontariuszko z Brazylii. Jak się tam znalazłaś...? może podpowiesz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie mogę Ci, Elżbieto, odpowiedzieć osobiście. To był bardzo fajny okres w moim życiu. Po prostu sama pojechałam. Miałam kontakt do kilku znajomych znajomych, dlatego wiedziałam przynajmniej, że jakiś dach nad głową mam. Wiedziałam, że chcę zobaczyć Bahię: region najbardziej kolorowy i najmniej europejski (bo na przykład południe Brazylii wygląda już bardzo znajomo). I tak spełniło się to moje marzenie. Pojechałam w ciemno, niczego przedtem nie organizując. Myślę, że na pewno zdziałałabym więcej, gdybym pojechała jako część jakiegoś programu. Z drugiej strony: być może nie wylądowałabym tam, gdzie ostatecznie udało mi się wylądować. Właśnie w jednym z takich miasteczek z posta: maleńkich, odosobnionych od reszty kraju, z ustalonym bezrobociem i resztą status quo.

      Scena z garażu to wolontaryjnie prowadzony, rządowy program edukacyjny dla przedszkolaków, takie wsparcie, aby miały trochę łatwiej w podstawówce. Edukacja to chyba podstawowa bolączka tych biedniejszych rejonów. Niby jest obowiązek szkolny, ale nikt się nie interesuje, gdy dziecko znika ze szkoły, zaczyna pracować albo zachodzi w ciążę. Druga wolontariuszka, o której mowa w poście, to Brazylijka-mieszkanka tego miasta i również nauczycielka w lokalnej zawodówce. Opowiadała mi wiele podobnych historii.

      Do Brazylii na pewno wrócę. Napisałam o niej swego czasu dużo, całą książkę, ale trochę boję sie do niej zaglądać, bo wiem, że musiałabym ją porządnie zredagować. No i pisałam po angielsku (kolejna długa historia). Może z czasem coś się tutaj z niej pojawi, kto wie. A może do tego czasu wrócę już do Brazylii. Taka miłość trafia się w końcu tylko raz w życiu :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo