Dawno nie było nic z serii Teksaskiego Paszportu, a więc śpieszę naprawić ten problem - pomysł na wpis o rodeo już dawno podsunęła mi Karolina z zaprzyjaźnionego bloga Pora Arbuza (o słonecznej Italii). Z powodu moich wojaży wpis ciągle odkładany na „półkę jutra” aż do teraz, gdy nadchodzi teksaska wiosna, a wraz z nią sezon na rodeo. Tak, w Teksasie luty i marzec to początek sezonu wiosennego, ulubionego przez wszystkich, bo nie tak upalnego jak nieznośne letnie temperatury, ciągnące się czasem aż do października. Czas więc najwyższy na wpis!
Otwarcie rodea dla juniorów w Indianie. Flaga!
Tradycja rodeo ma korzenie w codzienności wielkich rancz, których w Teksasie nie brakowało. Zatrudnieni na nich kowboje (bądź buckaroos, która to nazwa jest bastardyzacją hiszpańskiego vaquero) musieli odznaczać się pewnymi konkretnymi umiejętnościami: musieli ujeżdżać konie, prowadzić i zawracać niesforne stada bydła, ścigać i krępować uciekające cielaki, i tak dalej. Zręczność kowbojów całkiem naturalnie przekładała się na rywalizację w tych dziedzinach. Współczesne rodeo to nadal taka rywalizacja, ale mocno stylizowana i regulowana ścisłymi prawami. Zamiast stada, które trzeba zawrócić, wykonuje się slalom między beczkami; cielaki uciekają tylko na szerokość równo wysypanej ziemią areny; a broncos to nie zdziczałe ogiery, tylko (zwykle) wałachy wyuczone wierzgania i stawania dęba. (Jak to było w Chłopcach Radarowcach? Coraz więcej przebierańców, trudno o oryginał?). Poza tym współczesne rodea to przede wszystkim wielkie festiwale kultury country: pokazom rodeo towarzyszą jarmarki, koncerty muzyki country i (w Teksasie) tejano, targi i wystawy bydła, pokazy rzemiosła i sztuki. Ja na przykład od kilku lat nie chodzę już na rodea na część stricte rodeowską, a tylko na zakupy, koncerty albo pokazy fajerwerków.
W Houston co roku w lutym ma miejsce rodeo tak duże, że ponoć największe na świecie; odbywa się na stadionie Reliant, który jest w stanie pomieścić ponad 70 tys. widzów. Nieco mniejsze, ale również spore rodeo odbywa się w San Antonio, a poza tym własne rodeo organizuje niemal każde większe miasto lub okręg. Czasem występy typu rodeo odbywają się przy okazji county fairs, czyli jarmarków regionalnych organizowanych przez różne hrabstwa.
Co więc należy zrobić na rodeo w ramach Teksaskiego Paszportu?
Obowiązkowo zabrać dzieci. Przede wszystkim idziemy z dziećmi: jak własnych brak, to pożyczmy cudze; zaskarbimy tym sobie miano fajnego wujka lub cioci, a i u rodziców zapewnimy sobie prawdopodobnie jakiś kredycik wdzięczności. Współczesne rodea są pomyślane jako impreza rodzinna, więc atrakcji dla dzieci jest naprawdę sporo. Nie musimy nawet targać ich ze sobą na rodeo właściwe; w części jarmarcznej można z powodzeniem utknąć na cały dzień. Zresztą, co tam będę się krygować: ja też mam tam najwięcej zabawy, mimo żem nie dziecko. Można na przykład obejrzeć sobie, jak się robi miód; zobaczyć, jak się rozpala ogień od zera, czyli z dwóch kawałków drewna; pogłaskać i pokarmić zwierzęta, nauczyć się, jak sadzić rośliny, podbierać kurom jajka albo doić krowy, pojeździć na mini traktorze albo na kucyku... A nie zapuściliśmy się nawet jeszcze do pawilonów, w których stoją nagradzane zwierzęta: niewiarygodnie spasione świnie i woły; albo na stragany rymarzy, gdzie można się narkotyzować zapachem skóry; albo na wystawy sztuki regionalnej, gdzie można podziwiać bajecznie kolorowe patchworki, nostalgiczne rzeźby i malowidła kowbojów odjeżdżających w stronę zachodu słońca, albo do hali handlowej, w której oprócz pary kowbojek, siodła czy torebki można też kupić... filtr zmiękczający wodę, a nawet materac. Czasem trafią się nawet Indianie ubrani w tradycyjne stroje, albo i cała odrestaurowana wioska, choć to raczej nie na teksaskich rodeach: w tym stanie niestety rezerwatów indiańskich jest bardzo mało z uwagi na to, że jedyne plemiona osiadłe wyginęły lub zasymilowały się bardzo szybko, a inne prowadziły raczej koczowniczy styl życia. Nawet i bez tego zabawy jest jednak w bród.
Kowbojka wykonująca slalom wokół beczek, barrel racing.
Rzucamy się na jedzenie. Miary dziecięcej szczęśliwości dopełnia oczywiście „odświętne” jedzenie: hot dogi, corn dogi (parówki w kukurydzianej panierce), pieczona kukurydza czy wielkie indycze udka (większe prawdopodobnie niż niejedna dziecięca głowa). Poza tym dobrodziejstwo słodyczy wprawiających w glukozową euforię: kettle corn (karmelowy popcorn), snow cones (kruszony lód zalewny syropami w syntetycznych kolorach tęczy, po których można się chwalić fluorescencyjnym językiem), funnel cakes (esy floresy z ciasta przypominającego racuchowe, posypane cukrem pudrem), rock candies (kolorowe kryształki cukrowe na patykach), i tak dalej. Wbrew pozorom oprócz jedzenia typowo festiwalowego jest także sporo opcji całkiem zjadliwych; w Teksasie można liczyć na wiele stoisk z jedzeniem meksykańskim i kreolskim, ja na przykład rzucam się zwykle (jak wilk) na tamale, bo nie jest to coś, co sama przyrządzam w domu. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Bull riding w Austin, Texas
Gapimy się lub dostarczamy innym okazji do gapienia się. Na teksaskim rodeo dbamy o odpowiednio „teksaski” strój, a jeśli sami nie mamy, to skrycie wyszukujemy w tłumie tych, którzy takowy prezentują. Panowie zakładają wycieruchy i kapelusze, panie - kuse spódniczki i haftowane bluzki, a do tego szerokie pasy z wielkimi klamrami, krzyże wysadzane turkusami na szyi i oczywiście wysokie skórzane kowbojki. (Tego obuwia jeszcze się nie dorobiłam, bo elegancka para, malowana w kwiaty albo inne kolorowe wzory, potrafi kosztować dobre kilkaset dolarów). Do tego obowiązkowo fryzura typu big Texas hair, czyli włosy stojące na głowie w malowniczym tapirze. (Podejrzewam, że upodobanie Teksanek do tej stylizacji jest podyktowane wysoką wilgotnością powietrza: utrzymanie gładkiej, prostej tafli jest w tym klimacie praktycznie niemożliwe, włosy i tak się spuszą, więc czemu im trochę w tym nie pomóc).
Team roping, czyli wiązanie bydła w tandemie
Obkuwamy się z wyprzedzeniem. Przychodzimy przygotowani, czyli sprawdzamy rozkład dnia w internecie, żeby nie było tak, że chcemy obejrzeć ujeżdżanie koni, a trafiamy na defiladę nieapetycznie spasionych buhajów. Warto przestudiować mapkę, bo na większych rodeach możemy mieć do czynienia z kilkoma scenami, namiotami czy arenami. Jeśli chcemy pooglądać konkurencje typowe dla rodeo, to przyda się lornetka, zwłaszcza jeśli wszystko dzieje się na tak dużym stadionie, jak Reliant w Houston. Konkurencji jest zwykle bardzo dużo, ale moje ulubione to slalom między beczkami (barrel racing), łapanie bydła na lasso (roping, aczkolwiek serce zawsze ściska mi współczucie dla tego biednego cielaka), łapanie byka za rogi (chyba jedna z bardziej niebezpiecznych kategorii, bo jeździec musi doścignąć byka konno, a następnie chwycić go za rogi i niejako się na niego przesiąść, co wygląda, jakbyśmy uprawiali z nim zapasy; stąd nazwa konkurencji: steer wrestling). Poza tym jest jeszcze ujeżdżanie koni i oczywiście byków, choć wbrew pozorom po pewnym czasie okazuje się to nużące: w obu kategoriach chodzi po prostu o to, żeby utrzymać się na grzbiecie zwierzęcia przez osiem sekund, nie dotykając go drugą ręką; nie ma żadnego wielkiego finału, do którego widowisko zmierza, a jeśli zawodnicy znają się na rzeczy, praktycznie każde osiem sekund wygląda podobnie, jeśli nie tak samo.
Steer wrestling
Czekamy na konkurencje dziecięce. Koniecznie, ale to koniecznie oglądamy pokazy dziecięcego rodeo! O ile rodeo dla dorosłych z czasem trochę mnie nudzi, to konkurencje z udziałem dzieci to wyjątkowo pocieszne widowisko. Ponieważ jest to raczej rozrywka niż poważne zawody, konkurencje są bardzo zróżnicowane. W założeniu mają one przygotować dzieci i młodzież do udziału w prawdziwym rodeo, ale traktowane są z wielkim przymrużeniem oka. Małe berbecie, zamiast cielaków, mają na przykład łapać kurczaki biegające po arenie (tzw. chicken chase). Wygląda to arcykomicznie, zwłaszcza że i łowcy, i zwierzyna są często podobnych parametrów. Do teraz pamiętam zawziętego małego człowieczka, który z całym impetem swojego ciałka rzucił się po prostu oburącz na uciekającego kurczaka i wyłożył się jak długi na swojej zdobyczy. Nieco starsze dzieci uprawiają mutton busting, czyli odpowiednik ujeżdżania byka dla juniorów: chodzi o to, by przez sześć sekund utrzymać się na owcy wyrywającej co sił w nogach na drugi koniec areny. (Też bym wyrywała, gdyby ktoś znienacka posadził mi na grzbiecie jakiś worek ziemniaków, który na dodatek kurczowo wpija mi się w ciało jak kleszcz). Dodam, że dzieci są zwykle poubierane w kaski i różnego rodzaju ochraniacze; a obok owcy biegną zwykle asystenci, gotowi złapać dziecko w locie, gdyby faktycznie działo się coś złego, ale wiem, że nie uspokoi to niektórych rodziców... Nastolatki pokazują swoje umiejętności w konkurencji kid roping, czyli krępowanie kozy; czasem również w tandemie, czyli jeden jeździec zarzuca lasso na łeb zwierzęcia, a drugi na tylne nogi. Tu już trzeba umieć trzymać się w siodle i posługiwać lassem, więc jest to trochę poważniejsza konkurencja. Rodeo dla dzieci trzeba po prostu zobaczyć, a tu znalazłam fajną zajawkę:
I na zakończenie:
Nie przejmujemy się klaunem.Rodeo clown ma za zadanie rozśmieszać widownię podczas przestojów między konkurencjami, a tych jest całkiem sporo. Cielaki trzeba wyłapać z areny, ziemię zagrabić i wyrównać, przygotować kolejne zwierzęta, wprowadzić wierzgającego byka czy konia do specjalnej zagrody (bucking shoot), z której później wylatuje na arenę: zanim cokolwiek się zadzieje, upływa sporo czasu. Klaun ma więc za zadanie jakoś w tym czasie dowcipnie widownię zagadać, często przy użyciu rekwizytów, kostiumów i skeczów. Kłopot polega na tym, że klaun mówi zwykle bardzo szybko, zaciąga przez nos jak rasowy południowiec i używa wyrażeń typowych dla południowego dialektu. Po angielsku mówię całe życie, a i tak trudno mi za nim nadążyć i zwykle po kilku żartach kompletnie się wyłączam. Jeśli ktoś klauna rozumie, chylę czoła; jeśli nie, bez stresu; jego żarty są często dość sztampowe, kto dłużej pomieszkał na Południu, na pewno usłyszy je od znajomych, więc zamiast wysilać umysł na darmo, upajamy się atmosferą fajrantu, zapachem siana, ściółki, kurzu i popcornu.
Fejny tekst. Lubię Twój alfabet, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy o Teksasie. W Kanadzie oczywiście na Zachodzie też jest żywa kultura kowbojsko-rodeowo-country, więc coroczne Calgary Stampede przyciąga miliony ludzi na podobne zabawy od ponad stu lat (wystawa ma ponad 150). Chciałbym się kiedyś wybrać na teksańską albo albertyjską (albertańską?) wersję.
Hej, dzięki. Też się sporo dowiaduję, przygotowując wpisy. O kanadyjskich rodeach coś tam mi się o uszy obiło. Ciekawa jestem, jak to wygląda, czym się różni? Jeśli uda Ci się kiedyś pójść, może opiszesz u siebie :)
Fejny tekst. Lubię Twój alfabet, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy o Teksasie.
OdpowiedzUsuńW Kanadzie oczywiście na Zachodzie też jest żywa kultura kowbojsko-rodeowo-country, więc coroczne Calgary Stampede przyciąga miliony ludzi na podobne zabawy od ponad stu lat (wystawa ma ponad 150). Chciałbym się kiedyś wybrać na teksańską albo albertyjską (albertańską?) wersję.
Hej, dzięki. Też się sporo dowiaduję, przygotowując wpisy. O kanadyjskich rodeach coś tam mi się o uszy obiło. Ciekawa jestem, jak to wygląda, czym się różni? Jeśli uda Ci się kiedyś pójść, może opiszesz u siebie :)
Usuń