Poza tym przesiaduję w nim długimi godzinami, gdy akurat pracuję nad czymś, przy czym wyjątkowo nie muszę żonglować dwoma lub trzema ekranami. Na ich koszt podładowuję sobie elektronikę, siedzę w internecie i zużywam dane, spuszczam wodę w łazience, kreatywnie zużywam mydło w płynie i ćwiczę mój talent do origami na bioprzetwarzalnych serwetkach. Ogólnie tylko patrzeć, jak Starbucks wyzionie ducha.
Po lekturze kultowej książki „No Logo” Naomi Klein, wspierać Starbucksa zupełnie mi się odechciało. Natomiast po moim przyjeździe do Stanów okazało się, że owszem, współzawodnictwo handlowe jest sakramentem i owszem, jako konsument mam wybór. Mogę pić kawę w Starbucksie lub robić sobie w domu. Inne lokalne kafejki na mojej prowincji Starbucks sakramentnie zagryzł.

