Jim Bowie
i srebro w San Saba

środa, 17 czerwca 2015

Aby oszczędzić na prochu i nie nadużywać zbytnio swojej rusznicy, Jim Bowie przywykł chwytać swoją zdobycz na lasso, a potem dobijać ją nożem, z bliska i intymnie. Oczywiście nie wiedział, że z czasem jego nazwisko stanie się znane na cały świat jako nazwa długiego noża z solidnym trzonkiem i wymodelowanym ostrzem. W swojej długości i poręczności nóż Bowie jest być może wcieleniem szkockiego sztyletu, bo właśnie z tamtych stron pochodziła rodzina Jima. Ale na dobrą sprawę jego początki i ewolucja są niepewne - tak jak niepewne są fakty z życia człowieka, od którego nóż bierze swoje imię. Bowie zostawił po sobie niewiele dokumentów i zginął stosunkowo wcześnie, na dodatek w okolicznościach, które niemal momentalnie stały się kanwą wielkiej teksaskiej legendy - jakby mało było opowiastek krążących na temat jego życia!

Komiks autorstwa Joe Simona i Jacka Kirby'ego: twórców m.in. Kapitana Ameryki. Źródło

chwila we Fleur-de-lis

piątek, 12 czerwca 2015

W świetle dnia Nowy Orlean nie jest już tak fotogeniczny, jak wieczorem; wychodzi na jaw popękany asfalt, szczerbaty chodnik, wypaczone drewno drzwi i okien, farba łuszcząca się na framugach, fasady nadgryzione zębem czasu. Za dnia szczególnie kłują w oczy samochody, parkujące równolegle na wąziutkich uliczkach Francuskiej Dzielnicy: zdecydowanie stwierdzam, że mogłaby zostać zamknięta dla ruchu, bo trudno zrobić ładne zdjęcie staremu budynkowi, gdy stoi przed nim nowoczesny automobil. Knajpka, której szukam, nazywa się, dość banalnie, Fleur-de-lis: kwiat lilii. Motyw wszechobecny w Nowym Orleanie, dostał się nawet na flagę miasta: trzy złote kwiaty lilii na szerokim białym tle, z wąskim niebieskim paskiem na dole i wąskim czerwonym paskiem na górze. Flaga powiewa z wielu budynków, zwykle w towarzystwie trzech innych: amerykańskiej, francuskiej i stanowej, luizjańskiej: na niebieskim tle biały pelikan, chrześcijański symbol Zbawiciela i pobożności.


wraca się coraz lepiej

środa, 10 czerwca 2015

Jak na osobę, która przynajmniej raz w miesiącu leci gdzieś albo jedzie, to wcale nie lubię podróżować. To taki mój mały sekret, który ukrywam przed światem zewnętrznym. Czasem zdarza mi się, że ktoś pyta mnie o radę, jak się spakować, co zabrać, czego oczekiwać. Padają słowa: „Bo dla ciebie to już pewnie taka rutyna”. Trochę oczywiście prawda, ale jednak wcale nieprawda. Ja lubię w konkretnym miejscu być i żyć, na dłużej. Miesiąc przynajmniej, a najlepiej to ponad. Dwa dni spędzone w centrum konferencyjnym i hotelu to w moich oczach bardzo oszukana podróż. Lubię wracać do nowo poznanych miejsc, za każdym razem tę znajomość pogłębiać. Tworzenie „listy życzeń” z miejscami i miastami do sukcesywnego odhaczania nie ma dla mnie większego sensu: nie ta osobowość. Być może nie pociągają mnie przygody na jedną noc. Jestem raczej typ mocno relacyjny: czujny słuchacz i cierpliwy obserwator.
Taka pluskwa, którą przykleja się pod biureczko na dłużej, żeby jej żaden ważny szczegół nie umknął.

mieć i czekać

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Większość swojego krótkiego życia, ojciec Grega pracował dla rafinerii Exxonu nad Zatoką Meksykańską; wspinał się po tych nadwodnych rusztowaniach, które nocą wyglądają jak lipna panorama Nowego Jorku i odbijają się tysiącem świateł w gęstej od zanieczyszczeń tafli zatoki. Wspinał się, wspinał, aż powinęła mu się noga i spadł z dużej wysokości. Do końca życia Greg dostaje teraz od Exxonu rentę za zmarłego ojca. Całkiem sporą rentę. W sumie to nie musi pracować, co bardzo dobrze się składa, bo w wieku nastoletnim zaczął eksperymentować z narkotykami i teraz oprócz comiesięcznej wypłaty ma także schizofrenię. Mieszka razem z matką, ojczymem i przyrodnią siostrą w małej dwupokojowej przybudówce. Ostatnio odwiedziła ich policja, bo Greg zupełnie stracił głowę i zaczął grozić nożem sobie i małej Hester. Jednak do czasu, gdy pojawili się funkcjonariusze, Greg zupełnie się uspokoił. Nóż schował w sobie tylko znane miejsce. Nic nie można było zrobić. Policjanci zatrzymali go na dobę, a potem wypuścili bez stawiania żadnych zarzutów - ku wielkiemu rozczarowaniu jego ojczyma, Jethro.

R jak Rewolucja

czwartek, 4 czerwca 2015

Kiedy kilka lat temu Mike dowiedział się, że obchody amerykańskiego Dnia Niepodległości będą sponsorowane przez koncern British Petroleum, nie posiadał się ze szczęścia. „Czy ty rozumiesz tę ironię?” - pytał mnie raz za razem. - „To tak, jakby Deutsche Bank sponsorował obchody zakończenia II wojny światowej”. I chichotał w kułak, jakby chodziło o animozje jak najbardziej aktualne, a nie sprzed trzystu lat. Coś mu tam chciałam powiedzieć, ale poczułam się ostatecznie rozbrojona. Jest coś w tym, że narody, które swoją niepodległość wywalczyły na drodze pospolitego ruszenia, są z tego powodu niesamowicie dumne. Francuzi do teraz chyba czują się z powodu swojej rewolucji narodem wybranym, mimo wielu niechlubnych kart tamtego okresu. Teksańczycy natomiast mogą być dumni podwójnie: jako Amerykanie mogą się, oczywiście, poszczycić Rewolucją Amerykańską, ale mają także swoją własną: Rewolucję Teksaską.

Claudio Aguillón, Gallos, 2001. Kogucie zatargi i inne cyklony na granicy Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Miło by tu powiedzieć, że to tylko taki zgryźliwy historyczny komentarz, ale niestety tendencje są do teraz jak najbardziej aktualne. W: Arte Tejano, s. 27

Longmire prosto w ton

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Seriale oglądam tylko w Stanach, w Europie w ogóle. Przestaję z dnia na dzień, a później z dnia na dzień zaczynam od nowa. Być może to ta cisza ścieląca się gęsto po kątach mieszkania. Na jej tle irytuje mnie głośny klimatyzator i akustyka nędznego amerykańskiego budownictwa. Ściany z dykty wibrują jak niskie akordy modulowane na strunach gitary. Buczą drzwiczki do łazienkowych szafek. Rezonuje przestrzeń małej garderoby. Drzwi do niej muszą być otwarte pod określonym kątem, w przeciwnym razie dźwięk potężnieje i kołuje tak, że nie sposób spać.

A muzyka nie wszystkie te problemy rozwiązuje. Ciszę zakłóci skutecznie tylko dobra fabuła: otumani wyostrzone nocą zmysły i zmartwienia.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo