tego nie da się przetłumaczyć

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Chyba jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni tekst o Słowenii, choć mam nadzieję jeszcze tam pojechać. Już nie służbowo (mam nadzieję), a bardziej rekreacyjnie. Służbowo na razie nie wiem, co dalej. W 2016 są widoki na Serbię, Hiszpanię albo Włochy. Ale się nie nastawiam, bo doświadczenie każe mi przypuszczać, że ostatecznie wygra ukryta (i na razie nie wiadoma) opcja numer cztery.

W ostatni wieczór przed wyjazdem idziemy na Trg Francoske Revolucije do Le Petit Café: teoretycznie na kompletnym luzaku, wręcz w poadrenalinowym letargu, jeszcze ze śpioszkami w kącikach oczu, spakowani plus minus, bez żadnych zaległych rozmów o projekcie, który w DHL-owskiej kopercie przemierza już Atlantyk. Nasz Słoweniec ma świeżo przystrzyżone włosy, bo przez dwa ubiegłe miesiące zarósł tak, że pod koniec nagrań przydługie kosmyki sterczały mu niesfornie spod czapki bejsbolówki. Pijemy specjalność zakładu, nieprzetłumaczalną na język angielski spuściznę chronicznych socjalistycznych braków: kawę zbożową. Ale taką uwzniośloną, puszystą, nie szarą inkę w obtłuczonym kubku przed snem: w Le Petit podają ją w wielkich pękatych filiżankach, z korzeniami, ze spienionym mlekiem wystającym na opuszek palca ponad szklany brzeg. Siedzimy ściśnięci przy oknie, rozmowa rwie się ze zmęczenia, patrzymy na lśniący od deszczu skwer; każdy po cichu wyciera wąsy od mleka na górnej wardze; nie chce nam się wychodzić: bo tym razem oznacza to faktyczny i definitywny koniec.

innego końca świata nie będzie

czwartek, 7 stycznia 2016

Opowiadanie Siuksów o końcu świata zauroczyło mnie już dawno. Prawdopodobnie dlatego, że to, co współcześni przedstawiają zwykle jako mrożący krew w żyłach kataklizm, kulminację jak najbardziej innowacyjnego zła i medialnego wrzasku, opowiadanie to wyobraża jako scenę zaciszną, kameralną, niemal przytulną (rozgrywającą się, nota bene, w ukryciu, z dala od ciekawskich oczu). Zupełnie nie pasuja ta wizja do paranoicznego, rozhisteryzowanego wieku XXI, który swój schyłek i krach węszy na każdym kroku i przekonany jest o własnej ostateczności (nowsze pokolenia czeka zagwozdka terminologiczna: jak nazwać epokę nadchodzącą po tej, która siebie już nazwała, solipsystycznie, postwspółczesną?).

facebook i bańka znaczenia

poniedziałek, 4 stycznia 2016

W ramach noworocznego rachunku sumienia, trzeba podnieść pewną kwestię od paru miesięcy coraz bardziej oczywistą: nie ma mnie na facebooku. (Piszę to wyjaśnienie również z myślą o tych Czytelnikach, którzy wchodzili na bloga i/lub obserwowali go za pośrednictwem facebooka, lub o tych Czytelnikach, którzy znają mnie osobiście). Od czterech miesięcy nie wchodzę ani na profil prywatny, ani na stronę bloga. Nie ma mnie, nie ma, a im dłużej mnie nie ma, tym bardziej się w tym niebyciu robię twardogłowa. Jak z tym językiem, którego naukę się rozpoczęło, a potem - z różnych względów - niepostrzeżenie porzuciło. I z każdym dniem i tygodniem coraz trudniej wrócić, bo ma się świadomość, że po tak długiej przerwie znowu trzeba będzie odkurzyć podstawy (i foldery z podstawami): alfabet, słówka, wzory odmian, wymowę, która kołkiem staje w gardle, zacina się na skołowaciałym języku.

Im dłużej mnie na facebooku nie ma, tym trudniej mi zabierać się za wracanie. A i sens tego wracania coraz mniej wygodnie leży mi w ręce.

deszcz co jest

środa, 23 grudnia 2015

Liście w Teksasie nie mają warunków na butwienie. Ledwie trochę zmokną, już kolejna, szybka fala ciepła suszy je na wiór, w trymiga czyni z nich bezwonne teksaskie potpourri. Nie to co w Polsce. Liście marynują się całymi tygodniami: a to w pokapującym deszczu, a to w wilgotnych, pochmurnych dniach między jedną mżawką a drugą. Po wielokrotnych zmianach koloru wreszcie osiągają docelowy odcień: śliwkowych powideł. Zapach tylko niespożywczy, kliniczny: permanentnie niewyschniętych akwareli nałożonych jedna na drugą, zespolonych, cieknących burą farbą i treścią. Gdy wreszcie przyjdzie zima, taka uczciwa, z temperaturami poniżej zera, zacznie się długi proces zamrażania i rozmrażania powideł, aż wreszcie pochłonie je łasa na słodycze ziemia

film jest o nas

piątek, 18 grudnia 2015

Miguel zaprasza nas na mszę do św. Jakuba, jednego z najstarszych kościołów w mieście, dwie minuty od rzeki. W listopadzie obchodzono w nim czterysetletnie urodziny parafii. Raz w miesiącu ojciec Rafael z hiszpańskiej Galicji prowadzi w barokowym wnętrzu mszę dla małej argentyńskiej diaspory mieszkającej w Lublanie. Trudno mi go zrozumieć, bo nie dość, że sepleni przy niektórych głoskach, jak przystało na Galicyjczyka, to jeszcze nie trafia w mikrofon. Jego głos rozmywa się w akustycznych murach kościoła jak niewyraźny szept. Ratuje mnie jedynie tekst liturgii, wyświetlany na cyfrowym wyświetlaczu na białej ścianie po prawej stronie ołtarza - i ciche głosy wokół mnie, odpowiadające rytmicznie kapłanowi.

święte prawa rynku

środa, 16 grudnia 2015

Ślub był huczny. Matka pana młodego wydała na ten szczytny cel wszystkie swoje skromne oszczędności i kilka przyszłych rent, żeby nie stracić twarzy. Wesele wyprawiono w małym miasteczku niedaleko San Antonio, o egzotycznej niemieckiej nazwie. W XIX wieku osiedlali się w tych stronach emigranci, a teraz urokliwa architektura zaspanych zabudowań nakręca biznes turystyczny: w małych drewnianych domkach otwierają się hipsterskie hotele, butiki, ekskluzywne spożywczaki z miodem, mydłem i olejami lokalnej produkcji, restauracje, a także sklepy z antykami i różnorodnym artystycznym fiu-bździu. Większość tych przedsiębiorstw otwiera podwoje jedynie w sezonie turystycznym, bo Amerykanie tradycyjnie bardzo się starają, aby ich święte prawa wolnego rynku chroniły rozwój tylko wielkich korporacji; zwiedzanie małych przedsiębiorstw staje się więc coraz częściej li i jedynie atrakcją dla znudzonych wielkimi markami turystów.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo