A teraz nadarza się świetna okazja, bo za każdym razem, gdy przyjeżdżam z powrotem do Teksasu, odkrywam tutejszą kuchnię na nowo. Zabawne jest to, że zmieniając kontynent, z dnia na dzień praktycznie zaczynam jeść zupełnie inaczej. (Poza owsianką. Dzień bez owsianki na śniadanie to dzień na opak. Lepiej więc nie kusić licha). Chociaż w Polsce można obecnie dostać wiele produktów dostępnych w Teksasie, to i tak niektóre potrawy pozostają niezastąpione. W Polsce zwłaszcza brakuje mi cudownie dojrzałych awokado, taniutkich batatów, świeżej kolendry na zawołanie, zatrzęsienia różnorodnej zieleniny, a także… całej alejki pełnej puszek z gotowaną fasolą (czarna! biała! masłowa! nakrapiana! z oczkiem! adzuki! szparagowa! cieciorka! w sosie! w innym sosie! w jeszcze innym sosie! z bekonem! bez soli! organiczna! Mała rzecz, a niesamowicie ułatwia przygotowywanie wszelkich potraw, bo nie trzeba się bawić w żmudne namaczanie i kilkugodzinne gotowanie fasoli, w moim przypadku zawsze połączone z wielkim kipieniem i obsmarowaniem całego garnka).
Teksaski Paszport
No wreszcie! Na ten temat ostrzyłam sobie zęby (sic!) już od dawna, tylko nigdy nie mogłam się zdecydować, od jakiej strony go ugryźć :)
Teksaski Paszport
Największą klęską żywiołową w dziejach Stanów Zjednoczonych nie była Katrina, lecz bezimienny huragan nazywany przez Teksańczyków po prostu „wielkim sztormem 1900 roku”. Życie straciło przynajmniej 6 tys. ludzi; niektóre źródła podają dwa razy tyle. Huragan zniszczył niemal doszczętnie przepiękny port Galveston, ówczesnego tygrysa Zatoki Meksykańskiej, którego główna ulica nosiła nawet kiedyś dumną nazwę Wall Streetu Południa. Miasto z czasem odbudowano. Leży około czterdziestu minut drogi od Houston i w sezonie letnim pełni rolę ośrodka wypoczynkowego dla okolicznych wczasowiczów. Rozwija się prężnie. Zwłaszcza od 2008 r., kiedy do miasta zaczęły wpływać niemałe środki z pomocy federalnej i z prywatnych kieszeni charytatywnych – po zniszczeniach zadanych przez huragan Ike, który podwoił liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego w nadbrzeżnych teksaskich hrabstwach. Mieszkańcy Galveston wyczekują kolejnego huraganu. Taki wielki zdarza się średnio raz na 15 lat. Czyli to tylko kwestia czasu, kiedy coś znowu łupnie.
Po upartej złej passie wyczerpujących wiadomości i przeżyć, podładowuję się pozytywnie. Dziś temat dla niektórych być może trochę egzotyczny, ale dla Teksańczyków jak najbardziej realny!
![]() |
| Widok na zalane Galveston. Architektura charakterystyczna dla nadwodnych domów. By USAF Sgt. James L. Harper {{PD}} via Wikimedia Commons |
mieszkanko blues
Jeśli rezygnacja to pierwszy stopień do szczęścia, to jestem niemal w połowie.
Wpuszczono mnie do kraju bez problemów, jedynie z upomnieniem, że coś tam, i następnym razem mam załatwić jakieś niesamowicie ważne dokumenty, bo coś tam. Znając życie, będzie to kolejny kwadratowy przepis, który nie przewidział mojego rozwartokątnego życia. Ale czym mam się martwić dziś, będę się martwić dopiero za jakieś trzy-cztery miesiące, więc mam mnóstwo czasu swawolnego. Już drugiego dnia byłam w moim ulubionym sklepie indyjskim, narkotyzując się cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Zdecydowanie są takie przyjemności, które pomagają mi przełknąć tę amerykańską pigułkę goryczy.
Wpuszczono mnie do kraju bez problemów, jedynie z upomnieniem, że coś tam, i następnym razem mam załatwić jakieś niesamowicie ważne dokumenty, bo coś tam. Znając życie, będzie to kolejny kwadratowy przepis, który nie przewidział mojego rozwartokątnego życia. Ale czym mam się martwić dziś, będę się martwić dopiero za jakieś trzy-cztery miesiące, więc mam mnóstwo czasu swawolnego. Już drugiego dnia byłam w moim ulubionym sklepie indyjskim, narkotyzując się cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Zdecydowanie są takie przyjemności, które pomagają mi przełknąć tę amerykańską pigułkę goryczy.
depresja
Na blogu nie piszę o depresji, bo uważam temat za mocno indywidualny. Poza tym depresja nie jest już częścią mojej tożsamości. Być może pasożytuje sobie gdzieś jeszcze po kątach, ale szczerze mówiąc, jej obecność bądź nieobecność, przypływ bądź odpływ mało mnie teraz obchodzi. Nie jest to w każdym razie temat, który by mnie twórczo rajcował.
indiańskie bajanie
W wielu mitach, indiańskich i nie tylko, przewija się myśl, że śmierć to wynik okropnej pomyłki. Założenie było takie, że ludzie mieli żyć wiecznie. Ewentualnie kłaść się do snu na dłuższą chwilę, a potem szybko zmartwychwstawać, odświeżeni i wypoczęci. Ale coś poszło nie tak. Różne plemiona przedstawiają tę pomyłkę inaczej. W niektórych mitach szyki psuje Stwórcy nieprzyjaciel, w innych błaznujący Kojot, w jeszcze innych to człowiek własnym nierozgarnięciem bezmyślnie unicestwia pierwotne założenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


