Przeżywam właśnie wielkie miłosne rozczarowanie, i to, żeby było pikantniej, z powodu kobiety: Lan Samanthy Chang. Nietłumaczona na język polski autorka trzech książek, kształcona w Harvardzie i Yale, leaureatka PEN Open Book Award. Przeze mnie odkryta w 2006 roku, w bibliotece publicznej w Phoenix. Tomik sześciu opowiadań Hunger (Głód). Później była powieść All is Forgotten, Nothing is Lost (Zapomina się wszystko, nie traci się nic). Zauważyłam w powieści kilka niedociągnięć, ale do teraz uważam ją za jedną z książek dla mnie najważniejszych. I wreszcie powieść Inheritance (Dziedzictwo). Otwarłam z ufnością i po siedemdziesięciu stronach przebijania się przez miałkie metafory odłożyłam z niesmakiem. Jest mi przykro.
rasa szkaradna
Na pierwszym roku studiów natknęłam się w empiku na dwupak Niny Simone. Kupiłam „na spróbę”. Dwupak znam teraz na pamięć, tak jak resztę około dwunastu płyt Simone, które od tamtego czasu skompletowałam. Pierwsza jednak zaczyna się tak:
Nina (autorytatywnie): Pianino gotowe? No dobrze... (akordy: ta da dam, ta da dam, i nagły, przeciągły lament, rwany jak szloch) Odszedł... mój mężczyzna... bez sensu już czekać... na jego zmęczone kroki... rozlegające się na schodach...
Pierwszymi osobami rasy czarnej, z którymi miałam styczność, byli Louis Armstrong i Ella Fitzgerald. Od znajomej, która spędziła kilka lat w Stanach, przegraliśmy dwie płyty, rewelacyjną The Best of Songbooks Elli i krótką, zbyt krótką, składankę Louisa. Delikatny fakt ich skopiowania był chyba pierwszym ważkim problemem moralnym, z jakim się zetknęłam w moim młodziutkim wówczas życiu. (Chociaż może nie: przedtem zdążyłam już przepracować problem kłamstwa i tchórzostwa, gdy wciągnęłam odkurzaczem jakieś ubranko dla misia i w mojej panice zwaliłam wszystko na siostrę). Tata zapętlał sobie w biurze „What a Wonderful World”. Płyta Elli nie nadawała się do zapętlenia ani do pracy. Bardziej swingowa i agresywna, zdecydowanie nie była dobrym materiałem na żadne plimplające tło. Poza tym w wielu utworach dawało się wyczuć jadowity niepokój. Ale nie w głosie Elli, która po mistrzowsku potrafiła zapanować nad każdą, nawet najbardziej destrukcyjną emocją. Ta równowaga głosu i ducha była niezwykle krzepiąca.
Na pierwszym roku studiów natknęłam się w empiku na dwupak Niny Simone. Kupiłam „na spróbę”. Dwupak znam teraz na pamięć, tak jak resztę około dwunastu płyt Simone, które od tamtego czasu skompletowałam. Pierwsza jednak zaczyna się tak:
Nina (autorytatywnie): Pianino gotowe? No dobrze... (akordy: ta da dam, ta da dam, i nagły, przeciągły lament, rwany jak szloch) Odszedł... mój mężczyzna... bez sensu już czekać... na jego zmęczone kroki... rozlegające się na schodach...
firmowe rozkminki
To nie jest dobry dzień na wyrabianie trzystu procent normy. W kuchni pod szafką przez całe dwanaście godzin dogorywa wielki chrząszcz. Myślałam, że to karaluch, ale karaluchów nie rusza nawet promieniowanie jądrowe, a ten poległ po spryskaniu roztworem octu jabłkowego, więc raczej nie karaluch. Podejrzewam, że zapuścił ciekawskie czułki w głąb zewnętrznego klimatyzatora i poszedł, głupi, tunelem w stronę światła. Chrząszcze nazywają w Teksasie junebugs: robaki czerwcowe. Od czasu do czasu drga mu odnóże, a ja zastanawiam się, czy nie wspiąć się dzisiaj na wyżyny moich możliwości i czy go humanitarnie nie dobić. W zabijaniu takim ręcznym mierzi mnie jednak faktura; do takich chrząszczów to najlepiej broń palna, żeby można sobie było z oddali siednąć, rozłożyć sprzęt, złapać na celownik i tak higienicznie się pozbyć problemu. A nie prymitywnie w garść łapać, czuć jakieś tam chrobotanie lub co gorsza chrzęst, lekkość misternej skorupy. Pająk to co innego, pająki zabijam bez kozery, choć tylko kiedy muszę. Ponoć pajęczyny w domu to szczęście. W magię nie wierzę, ale co szkodzi owinąć się w nią jak w wielobarwną szatę, dar kochającego ojca, który woli mnie bardziej niż pozostałych jedenastu synów.
Cleveland
historie prawdziwe
„Co trzeba zrobić, żeby być pirotechnikiem?” - pyta mnie z nadzieją siedzący obok chłopak. Z wysokości naszych miejsc oboje przyglądamy się z fascynacją, jak w dole malutcy technicy rozkładają „towar” na arenie. Wyjaśniam mu wszystko krok po kroku: licencja stanowa bądź federalna, szkolenia, zbieranie doświadczenia, rozeznanie, jakie fajerwerki są dostępne na rynku, jakie mają właściwości, jak w punkcie zapalnym rozbryzgują światło. Oczy mu błyszczą. Strasznie mu się to podoba. Tym bardziej, że od trzech miesięcy nie miał żadnej pracy. „Od trzech miesięcy?” - pytam z niedowierzaniem. - „W budowlance?” Kiwa głową pochmurnie. Zastój. Gdyby chciał, mógłby wyjechać za granicę; na Bliskim Wschodzie szukają budowniczych za niebotyczne stawki, $75 za godzinę z zapewnionym wiktem i opierunkiem. „Więc czemu nie tam?” - pytam. Milczy. Przypomina mi mojego znajomego z lat dziecinnych, też taki opalony, muskularny i wysoki. Trener koszykówki dokuczał mu po udanej grze: „Ty to, Tomuś, ciałko masz do kochania, a nie na męską grę.” Chłopak obok mnie odpowiada: „Boję się.”
emigracja
Dlaczego tu jestem?
Na załączonym obrazku widać przecież, że bida z nędzą. Timô se siednie, nóżki wyciągnie, fotkę pstryknie i od razu jest ładnie i ach, bo góry ma. U mnie, gdybym przesunęła telefon wyżej, to zacząłby się parking, zapyziałe osiedle i droga, której nawierzchnię niedawno zaczęto naprawiać. Znaczy się, odgrodzono fałatek i wykopano trzy kratery. Też więc zaczęłam mieć góry, w zasadzie. Góry gruzu. Na horyzoncie natomiast supermarkety-molochy, smoki bez powiek, takie, co nigdy nie zasypiają. Po widoki wątpliwych wieżowców trzeba czterdzieści pięć minut jechać do centrum. Aktualnie więc moje cekinkowe laczki i cienie rzucane przez balustradę to najpiękniejszy widok w okolicy.
Dlaczego więc tu jestem?
Wczoraj znów pykam moje trzysta sześćdziesiąt kilometrów z San Antonio do Houston. Tym razem droga pochłania trzy czwarte baku zamiast jednej trzeciej, bo trafiam na potężnie wietrzny dzień. Wyje tak, że ledwo słyszę Ala Jarreau w głośnikach. Kierownica drga mi niepewnie, muszę kontrolować ją obiema rękami, przez cały czas świadomie wbijać cielsko samochodu w solidną ścianę wiatru.
W
ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na
czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania
dotyczące emigracji.
Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam ja (vel Siostra).
Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam ja (vel Siostra).
Na załączonym obrazku widać przecież, że bida z nędzą. Timô se siednie, nóżki wyciągnie, fotkę pstryknie i od razu jest ładnie i ach, bo góry ma. U mnie, gdybym przesunęła telefon wyżej, to zacząłby się parking, zapyziałe osiedle i droga, której nawierzchnię niedawno zaczęto naprawiać. Znaczy się, odgrodzono fałatek i wykopano trzy kratery. Też więc zaczęłam mieć góry, w zasadzie. Góry gruzu. Na horyzoncie natomiast supermarkety-molochy, smoki bez powiek, takie, co nigdy nie zasypiają. Po widoki wątpliwych wieżowców trzeba czterdzieści pięć minut jechać do centrum. Aktualnie więc moje cekinkowe laczki i cienie rzucane przez balustradę to najpiękniejszy widok w okolicy.
Dlaczego więc tu jestem?
Wczoraj znów pykam moje trzysta sześćdziesiąt kilometrów z San Antonio do Houston. Tym razem droga pochłania trzy czwarte baku zamiast jednej trzeciej, bo trafiam na potężnie wietrzny dzień. Wyje tak, że ledwo słyszę Ala Jarreau w głośnikach. Kierownica drga mi niepewnie, muszę kontrolować ją obiema rękami, przez cały czas świadomie wbijać cielsko samochodu w solidną ścianę wiatru.
emigracja
Szwajcaria
W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.
Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)

