Niestety nie jest to historia zasłyszana, lecz znaleziona raz w internecie i później nieopatrznie zgubiona. Szukałam jej ostatnio dość intensywnie, bo chciałam się upewnić, że dobrze ją pamiętam, ale bez skutku. Miała być prawdziwa, opowiedziana przez naocznego świadka. Rzecz wydarzyła się w Walmarcie i za każdym razem, gdy zdarza mi się wejść w jego zacne podwoje, przypominam sobie jej puentę i nie mogę powstrzymać wewnętrznego chichotu.
„Moja znajoma i ja robiłyśmy zakupy w Walmarcie, gdy zobaczyłyśmy jakieś zbiegowisko w dziale „wszystko dla domu”. W tym akurat sklepie był on umiejscowiony pod ścianą, bardziej na uboczu. Oczywiście poszłyśmy sprawdzić, co się tam dzieje. Okazało się, że w alejce z materacami uciął sobie drzemkę jakiś mężczyzna.
Teksaski Paszport
W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś sprawę podstawową i niebagatelną.
Walmart - niby nic takiego szczególnego, ale jednak panuje w tym ponurym hangarze pewien hamerykański mikroklimat, o który trudno w innych bardziej normalnych supermarketach jak Kroger czy HEB. (Dodam, że w mojej okolicy małe biznesy typu „sklepiki cioci Emmy” praktycznie nie istnieją w branży spożywczej, więc nawet jeśli potrzebuję tylko jajek do właśnie robionych naleśników, muszę złożyć pokłon jakiemuś molochowi i odstać swoje przed kasą).
Mesdames et messieurs, W jak Walmart!
![]() |
| Źródło |
Teksaski Paszport
Z wielkim podekscytowaniem oznajmiam, że inauguruję na blogu nowy cykl krajoznawczy! Teksaski Paszport będzie subiektywnym zbiorem pojęć i zjawisk, których znajomość jest (moim zdaniem) niezbędna do prawdziwego przeżywania teksaskiej hamerykańskości. Pomysł ściągnęłam od autorki ciekawego bloga Subiektywny Słownik Słowackiego. Dvebodky była na uprzejma, że nie rościła sobie żadnych praw do idei słownika, a wręcz pozwoliła mi go skopiować, co ochoczo zrobiłam! (A do tytułu zainspirowała mnie dwupłytowa pozycja Sony Jazz Passport, którą przy okazji polecam wszystkim, a zwłaszcza tym macającym się przedwstępnie z tą cudowną muzyką).
firmowe rozkminki
Otrzymałam dzisiaj SMS-a z przeszłości. Zmieniałam karty w starej komórce i po ponownym włączeniu zaczęła brzęczeć mi w dłoniach. A to załadował się SMS. Ode mnie, a przynajmniej nadawca oznaczony moim imieniem, jakimś obcym zdrobnieniem, ale jednak moim imieniem. Data dzisiejsza, choć to przecież niemożliwe. Przez lata pożyczałam ten telefon kilku osobom, bo to solidna, metalowa Motorola, z hardcorowymi klawiszami, która nigdy się nie zedrze. Pamiętam, w którym pawilonie w warszawskich podziemiach zdejmowałam z niej simlocka, żebym mogła bez problemu żonglować kartami polskimi i amerykańskimi.
„Do zobaczenia po drugiej stronie oceanu :)”. To ja? Może faktycznie ja. Brzmi jak ja lekkomyślnie. O którą stronę oceanu chodzi? Kiedy to wysłałam? Komu?
„Do zobaczenia po drugiej stronie oceanu :)”. To ja? Może faktycznie ja. Brzmi jak ja lekkomyślnie. O którą stronę oceanu chodzi? Kiedy to wysłałam? Komu?
historie prawdziwe
Rankiem, w pierwszy dzień świąt, Karen nasypała maluchom karmy, nalała wody, zamknęła dokładnie przyczepę i udała się w drogę zobaczyć syna. Syn Karen zadzwonił do niej dzień wcześniej. Z okazji Bożego Narodzenia kupił wielką torbę mrożonych krewetek i dopominał się o mamine scampi. Nie mogła mu odmówić. Nie zawsze zdarzało się tak, że byli na święta tak blisko: dzieliło ich jedynie trzydzieści kilometrów. Razem z obsesyjną miłością do przybłąkanych kundli, syn odziedziczył po niej wściekły wstręt do dłuższego przebywania w jednym miejscu. Włóczył się po całym Południu za pracą, to tu, to tam. Czasem traciła rachubę, dokąd go tym razem rzuciło. Był a to w Tennessee, a to w Missouri, a to w Oklahomie. Bawił się w ujeżdżanie byków na małomiasteczkowych rodeach. Pomieszkiwał u znajomych i bardziej znajomych kobiet: tych, które wytrzymywały jego kłębiasto owłosioną klatę i trzy ukochane maluchy. Maluchy już tylko z nazwy, bo dwie najstarsze suczki miały po kilkanaście lat: siostry z tej samej matki, z innych miotów. Kochały go ospale, lecz zajadle, i kładły się z nim spać na tym samym legowisku z kilku koców na krzyż.
firmowe rozkminki
Po prawie trzech latach kulania się z moim prasowaniem od hotelu do hotelu, kupiłam żelazko. Nagłe chcenie i szybkie wykonanie zamysłu zaskoczyło mnie samą. Żelazko powiesiłam na drzwiach spiżarki, w koszyczku zakupionym specjalnie na ten cel. Potem nabyłam ręczny mikser. Potem elektryczną szczoteczkę do zębów. Co też ja dobrego wyrabiam? (Poza tym, że oczywiście pnę się w górę hierarchii społecznej. Żelazko stacjonarne, no no no). Zmęczenie prowizorką czy orbitowanie wokół akceptacji?
Żuję wędzidło. Zastanawiam się, czy mi się podoba taki układ, w którym wszystko mogę sobie ustawić niby pode mnie.
Żuję wędzidło. Zastanawiam się, czy mi się podoba taki układ, w którym wszystko mogę sobie ustawić niby pode mnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

