Śmierć w Nowym Orleanie to wyjątkowo kosztowna impreza. Tak kosztowna, że nasza pani przewodnik z całą powagą oświadcza nam, że od kilku lat stara się o miejsce w grobowcu, w którym spoczywają już szczątki kilkunastu obcych jej ludzi. Na nagrobku długa kolumna imion, a nazwisko jednej osoby jest takie same, jak jej. Być może to tylko przypadkowa zbieżność, bo Kari nie ma pojęcia, kim jest zmarła. Ale całkiem możliwe, że parafia opiekująca się cmentarzem uzna tożsame nazwisko za dowód pokrewieństwa i pozwoli Kari skorzystać z grobowca. To znacznie ograniczyłoby koszty pochówku. Niektóre osoby potrafią za rodzinny grobowiec zapłacić aż 200-250 tys. dolarów. Przy okazji zakupu, warto też szarpnąć się na opcję wiecznej opieki: parafia będzie dbać o grób przez teoretyczne wieki. Znacznie zwiększa to cenę grobowca, ale należy to traktować jako pewną inwestycję. Z zakupu może później korzystać cała rodzina, przez dobrych kilka pokoleń. Warto więc o tym pomyśleć.
Audio-blog
Kiedy z blokowiska na Grunwaldzie przeprowadziliśmy się za miasto, przez pierwsze miesiące trudno mi było zasnąć. Było tak cicho! Cisza wypełniała szczelnie wszystkie kąty jak miękki zamszowy izolator. Na jej tle odzywało się od czasu do czasu stłumione szczekanie okolicznych psów. Nad ranem piał kogut, bo jeszcze wtedy przy pętli autobusowej było takie quasi-gospodarstwo. W wietrzne dni w pokoju odzywały się przeciągłe tąpnięcia: to wiatr zasysał niedokończone listwy przypodłogowe.
firmowe rozkminki
Prawnik, który kilka lat temu zajął się naszą sprawą, załamał na tę informację ręce. „Żadnych zdjęć?” - powtarzał. - „Żadnych, naprawdę żadnych zdjęć?”. Wtedy mieliśmy chyba jedno wspólne, zrobione komórką przez znajomego. Musieliśmy go namierzyć z drugiego końca świata i prosić o wysłanie fotki w eter. Prawnik pokręcił nad nami głową, pocmokał z dezaprobatą i wreszcie zwrócił się do mnie z tą uprzejmą impertynencją, typową dla zawodów skazanych na pracę w warunkach wysoko nacechowanych emocjonalnie: „A może jest pani w ciąży? Bo to by mi bardzo ułatwiło zadanie”.
Teksaskie skarby
Aby oszczędzić na prochu i nie nadużywać zbytnio swojej rusznicy, Jim Bowie przywykł chwytać swoją zdobycz na lasso, a potem dobijać ją nożem, z bliska i intymnie. Oczywiście nie wiedział, że z czasem jego nazwisko stanie się znane na cały świat jako nazwa długiego noża z solidnym trzonkiem i wymodelowanym ostrzem. W swojej długości i poręczności nóż Bowie jest być może wcieleniem szkockiego sztyletu, bo właśnie z tamtych stron pochodziła rodzina Jima. Ale na dobrą sprawę jego początki i ewolucja są niepewne - tak jak niepewne są fakty z życia człowieka, od którego nóż bierze swoje imię. Bowie zostawił po sobie niewiele dokumentów i zginął stosunkowo wcześnie, na dodatek w okolicznościach, które niemal momentalnie stały się kanwą wielkiej teksaskiej legendy - jakby mało było opowiastek krążących na temat jego życia!
![]() |
| Komiks autorstwa Joe Simona i Jacka Kirby'ego: twórców m.in. Kapitana Ameryki. Źródło |
Nowy Orlean
wojaże
W świetle dnia Nowy Orlean nie jest już tak fotogeniczny, jak wieczorem; wychodzi na jaw popękany asfalt, szczerbaty chodnik, wypaczone drewno drzwi i okien, farba łuszcząca się na framugach, fasady nadgryzione zębem czasu. Za dnia szczególnie kłują w oczy samochody, parkujące równolegle na wąziutkich uliczkach Francuskiej Dzielnicy: zdecydowanie stwierdzam, że mogłaby zostać zamknięta dla ruchu, bo trudno zrobić ładne zdjęcie staremu budynkowi, gdy stoi przed nim nowoczesny automobil. Knajpka, której szukam, nazywa się, dość banalnie, Fleur-de-lis: kwiat lilii. Motyw wszechobecny w Nowym Orleanie, dostał się nawet na flagę miasta: trzy złote kwiaty lilii na szerokim białym tle, z wąskim niebieskim paskiem na dole i wąskim czerwonym paskiem na górze. Flaga powiewa z wielu budynków, zwykle w towarzystwie trzech innych: amerykańskiej, francuskiej i stanowej, luizjańskiej: na niebieskim tle biały pelikan, chrześcijański symbol Zbawiciela i pobożności.
Nowy Orlean
wojaże
Jak na osobę, która przynajmniej raz w miesiącu leci gdzieś albo jedzie, to wcale nie lubię podróżować. To taki mój mały sekret, który ukrywam przed światem zewnętrznym. Czasem zdarza mi się, że ktoś pyta mnie o radę, jak się spakować, co zabrać, czego oczekiwać. Padają słowa: „Bo dla ciebie to już pewnie taka rutyna”. Trochę oczywiście prawda, ale jednak wcale nieprawda. Ja lubię w konkretnym miejscu być i żyć, na dłużej. Miesiąc przynajmniej, a najlepiej to ponad. Dwa dni spędzone w centrum konferencyjnym i hotelu to w moich oczach bardzo oszukana podróż. Lubię wracać do nowo poznanych miejsc, za każdym razem tę znajomość pogłębiać. Tworzenie „listy życzeń” z miejscami i miastami do sukcesywnego odhaczania nie ma dla mnie większego sensu: nie ta osobowość. Być może nie pociągają mnie przygody na jedną noc. Jestem raczej typ mocno relacyjny: czujny słuchacz i cierpliwy obserwator.
Taka pluskwa, którą przykleja się pod biureczko na dłużej, żeby jej żaden ważny szczegół nie umknął.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


