Sobota nie jest dla mnie wolnym dniem. Ale w weekendy dzieje się na moim osiedlu sporo dobrej karmy, zwłaszcza teraz, w te ulotne, magiczne dwa-trzy miesiące między deszczową zimą a czterdziestostopniowymi upałami. Ptaki ćwierkają, trawa jest zielona i jeszcze nie spalona słońcem na rdzawy, wymęczony kolor, dzieci hasają na dworze. Czasem trafi się jakaś impreza, ale raczej z gatunku tych rozgadanych, ze śmiechami, krzykami, żartami i rozmowami o życiu i śmierci. Poza tym, jak mawiała moja znajoma, sobota międzynarodowym dniem sprzątania. Z tego powodu ani w sobotę, ani tym bardziej w niedzielę nie warto się nawet zapuszczać do osiedlowej pralni. Wszystkie sześć maytagów buczy zadziornie, a suszarki łomoczą. Raz załapałam się na pralkę, ale nie na suszarkę, więc oczywiście całe mieszkanie - klamki, krawędzie drzwi i szaf, wolne wieszaki, wystające gzymsy - słowem, wszystko zostało starannie obwieszone mokrą bielizną, T-shirtami i wielkimi płachtami pościeli, bo metalowej suszarki nie posiadam już od dawna. Od czasu tego incydentu pranie robię w dni tygodnia, gdy cała reszta świata jest w pracy. Freelancing ma swoje niezaprzeczalnie dobre strony.
...A w dni tygodnia osiedle budzi się wcześnie, przed szóstą. Trzask otwieranych i zamykanych drzwi, tupot niechętnych stóp. Przysypianie w szoferce: może dziś jednak przyjadę na styk, przecież nie muszę być zawsze tak z wyprzedzeniem. Odwożone do szkoły dzieci, sen mają pod powiekami i nie szczebioczą jak zwykle. Metalowa framuga głównej bramy jest permanentnie odkształcona i kto po niej przejeżdża, ten robi wielki ćwierćnutowy huk. Bach-bach, bach-bach! To jest zwykle moja pobudka. Starszy pan w domku na prawo od bramy siaduje sobie o poranku na antresoli z kubkiem kawy, we wzorzystym szlafroku. Przygląda się ludziom wybywającym do pracy. Do siódmej znika już z dziurawego parkingu ponad połowa samochodów. Robi się cicho. Tylko ptaki gaworzą w konarach drzew, bo przecież idzie ciepło i wiosna.
W dni tygodnia, na osiedlu zostają zatem tylko „idioci, przygłupi, cudzoziemcy, szaleńcy i kobiety”*.
Tiptopami błąka się po parkingu Senor Lopez i chce ci się spowiadać ze swojego hulaszczego żywota, jaki wiódł przed udarem. Opowiada w kółko to samo, trzeba mu umiejętnie przerwać. Patrzy na ciebie z przytępioną rozpaczą: wątły, sztywny, w drelichowym kapelusiku, który wcisnęła mu pewnie na głowę żona lub syn, bo tyle czasu spełnia na dworze, kiwając się ze swoją laseczką.
Albo można wpaść na panią Amelię, która uzbrojona w parasolkę od słońca, wyprowadza parę trzęsących się ratlerków ubranych w zabawne kubraczki. Pani Amelia mieszka tu od lat. Nie wiem, czy nie od samego początku, gdy w latach 70. postawiono tu te domki z dykty. Zna wszystkich. Pamięta czasy, kiedy to osiedle było polem gangsterskich bitew i na parkingu można było oberwać zabłąkaną kulą. Stare dobre wojny narkotykowe. Teraz w okolicy kwitnie tylko działalność legalna: Exxon i Chevron, i Bayer. Na obrzeżach miasta wzmocnili umocnienia wokół rafinerii, szczelnie chronią swoje grzechy. Przynajmniej pracę dają, o jakieś tam minimum się troszczą. Psu z gardła wyciągnięta chwała im za to.
W osiedlowej pralni można się natknąć na Miguela. Mówi tylko po hiszpańsku, przyjechał z Meksyku do brata, który ma siedmioro dzieci. W pierwszej chwili go nie zrozumiałam i myślałam, że to on, młodziutki, ma taką gromadkę. Chcę go zapytać: „Chłopczyku, czemu nie jesteś w szkole?”, bo przecież to środek roku szkolnego. Chcę też zapytać: „Jak się tu znalazłeś?”, choć im bliżej granicy, tym mniej wypada to pytanie zadawać. Miguel być może myśli, że jest już za stary na szkołę. Na oko szesnaście, siedemnaście lat. Niedługo zacznie pracować. Kto wie, może już gdzieś pracuje, na zmyślonym numerze identyfikacyjnym. Taki dzieciak.
A później znów nadchodzi weekend, tak jak dziś. Brakuje mi trochę polskiej majówki, choć z racji mojego odwiecznego freelancerstwa, nigdy nie budziła ona u mnie takich emocji, jak u znajomych-etatowców. Zawsze jednak coś tam dla mnie z tego majówkowego stołu skapywało: ktoś mnie wyciągał nad Maltę, na Carlsberga pod chmurką, załapywałam się na rajd rowerowy albo chodzenie po górach, przychodziłam na piknik z sałatką z brokuła i jabłka. Udzielała mi się nawet ta gorączka kalkulacji co do pogody: czy dopisze, czy nie. To społeczne rozczarowanie, że jednak zimno, ale to nic, nie damy się, wpadnij do mnie i tak, posiedzimy na balkonie pod kocem.
Cóż. Dochodzi jedenasta, ptaki gadają! że hej, oczywiście słońce, i wreszcie coś tam zaczyna drgać na osiedlu. Sąsiad zabiera gdzieś dwójkę małych dzieci: jedna dziewczynka ostrożnie prowadzi drugą za rękę, stopień po stopniu, ze stromych schodów. Myślę sobie, że może idą na naleśniki do pobliskiego dineru. Dobry pomysł: na lunch będzie fura naleśników. Na razie zaparzam sobie kawę. Włączam Henriego Salvadora, bo ta płyta śniła mi się dziś w nocy. O suchym pysku, ale za to z dzbankiem kawy, dokańczam zaczętego posta. W oddali słyszę gwizd pociągu. Pociąg jakiś, bylejaki. Może towarowy, który toczy się przez małe amerykańskie miasteczko tak wolno i bardzo uwodzicielsko. Przypomina mi się kolejna piosenka mojej siostry: „Dochodzi czternasta, mogę być za dwadzieścia minut na dworcu...”.
* Fragment autentycznego prawa obowiązującego w Teksasie do 1918 r., wymieniającego tych, którzy nie mogą głosować.

Coś o tym wiem. Bycie freelancerem sprawia że Twoje terminy nie kończą się lecz trwają, a długie weekendy są kwestią ruchomą ;) fajny opis podwórka. Moze tez zdecyduje się na przegląd sąsiadów. Miałabym o czym pisać zwłaszcza ze ściany między mieszkaniami są na tyle cienkie ze mogłabym zdawać relacje "na żywo" :)
OdpowiedzUsuńOOO koniecznie!! Chętnie podejrzałabym Twoim okiem nie tylko zabytki, ale i codzienne życie Włochów... to wydaje się być strasznie ciekawa kultura! Na szczęście u nas ściany są dość dobrze wyciszone, natomiast sporo dźwięków wpada przez stare okna, które przy silnym wietrze wręcz się ruszają... a drewniane budownictwo Amerykanów oznacza, że ściany są trochę wypaczone i np. przy włączeniu klimatyzatora zaczyna wibrować kalendarz na ścianie, dopóki się go nie przesunie odrobinę w lewo... cuda :)
UsuńAha... i ty tam mieszkasz. Zamykam oczy i widzę to wszystko. Super piszesz. Tylko teraz muszę "przelecieć" całego Twojego bloga, bo ciekawość mnie zżera, co tam robisz i skąd się tam wziełaś. Pozdrawiam i do przeczytania!
OdpowiedzUsuńJuano, strasznie mi miło!! A ja też wczoraj wieczorem zrobiłam sobie czytelniczy maraton Twojego bloga, korzystając z tego, że znalazłam się w cudownej "ziemi niczyjej" między końcem pracy a niedzielą... Bardzo się cieszę, że Cię znalazłam! Pozdrawiam ciepło!!
Usuń