Nie ma świata. Jest tylko senna, zalana słońcem ulica i drzwi prowadzące donikąd. W popękanych witrynach zbielałe kości małych przedsiębiorczych snów: powyginane żebra żaluzji, zakurzone cieliste zasłony, dziurawe szyldy jak rzędy niekompletnych zębów.
mieszkanko blues
Annette uderza ręką w kierownicę i mówi ze zniecierpliwieniem, że w naszym miasteczku nikt widać nie ma pracy i wszyscy ślimaczą się tylko po głównej ulicy Garth Road. Ale gdy przejeżdżamy pod wielkim wiaduktem i skręcamy kilkakrotnie w lewo od głównej drogi, nagle cały rozgardiasz milknie jak ucięty nożem. A przecież znajdujemy się na pierwotnej głównej ulicy miasteczka: Texas Avenue. Tutaj znajduje się historyczne, pierwotne, oryginalne centrum miasta Baytown. Gdzie zniknął więc cały świat?
Nie ma świata. Jest tylko senna, zalana słońcem ulica i drzwi prowadzące donikąd. W popękanych witrynach zbielałe kości małych przedsiębiorczych snów: powyginane żebra żaluzji, zakurzone cieliste zasłony, dziurawe szyldy jak rzędy niekompletnych zębów.
Nie ma świata. Jest tylko senna, zalana słońcem ulica i drzwi prowadzące donikąd. W popękanych witrynach zbielałe kości małych przedsiębiorczych snów: powyginane żebra żaluzji, zakurzone cieliste zasłony, dziurawe szyldy jak rzędy niekompletnych zębów.
firmowe rozkminki
...a czasem deszcz przychodzi cichutko; wisi w powietrzu kilka dni, tak że człowiek przyzwyczaja się do zachmurzenia i upewnia się, że nic z tego nie będzie, a potem wychodzi z domu po kiść bananów i tofu i widzi, że na zewnątrz subtelnie acz zdecydowanie leje. Z cicha pęk, jak dzieciak, który niewinnie ci w oczy spogląda, a po nóżkach gorący sik.
Mąż pyta: „Jeśli kupię ci parasol, będziesz używać?” „Nie” - odpowiadam bez zastanowienia i kategorycznie.
Mąż pyta: „Jeśli kupię ci parasol, będziesz używać?” „Nie” - odpowiadam bez zastanowienia i kategorycznie.
historie prawdziwe
San Antonio
Taksówki to tutaj cały świat. Wsiadam raz do jednej, a tam wbija mnie w sterany fotel przenikliwy ćwierćnutowy śpiew. Niewielu zachodnich wykonawców ma w ogóle słuch do tak precyzyjnej lini melodycznej. Klaskany rytm, metaliczny dźwięk szarpanego instrumentu. Jeszcze tylko kawowy ulepek i już jestem w Bejrucie, tej arabskiej stolicy, którą minister turystyki Fady Abboud określił w październiku 2012 jako „jedną z najbezpieczniejszych stolic na ziemi, bezpieczniejszą nawet od Londynu czy Nowego Jorku”. Jakiś tydzień-dwa po jego wypowiedzi, wybuch bomby ukrytej w samochodzie w jednej z chrześcijańskich dzielnic Bejrutu, zranił 78 ludzi i zabił ośmiu, w tym ówczesnego szefa libańskiego wywiadu.
Inny razem wsiadam, a tu facet z Iranu; ucinamy sobie miłą pogawędkę o rubajatach Omara Chajjama, któremu do raju potrzebna była „książka wersów, dzban wina, bochen chleba i ty...”. Jeszcze innym razem udaje mi się poszprechać po niemiecku z Turkiem, który do San Antonio trafił przez Niemcy.
Z kolei jazda z włoskim taksówkarzem Paolo okazuje się pełna emocji. Za każdym razem, gdy mówię mu coś potencjalnie interesującego, Paolo odwraca się do mnie, do tyłu, całym niemal ciałem, żeby mi spojrzeć w oczy. „Naprawdę?” - pyta. - „Naprawdę??”. Jest to oczywiście szaleńczo miłe, ale z drugiej strony staramy się przebić przez popołudniowy ruch na ożywionej pięciopasmówce, więc być może wolałabym go aż tak nie zachwycać.
Inny razem wsiadam, a tu facet z Iranu; ucinamy sobie miłą pogawędkę o rubajatach Omara Chajjama, któremu do raju potrzebna była „książka wersów, dzban wina, bochen chleba i ty...”. Jeszcze innym razem udaje mi się poszprechać po niemiecku z Turkiem, który do San Antonio trafił przez Niemcy.
Z kolei jazda z włoskim taksówkarzem Paolo okazuje się pełna emocji. Za każdym razem, gdy mówię mu coś potencjalnie interesującego, Paolo odwraca się do mnie, do tyłu, całym niemal ciałem, żeby mi spojrzeć w oczy. „Naprawdę?” - pyta. - „Naprawdę??”. Jest to oczywiście szaleńczo miłe, ale z drugiej strony staramy się przebić przez popołudniowy ruch na ożywionej pięciopasmówce, więc być może wolałabym go aż tak nie zachwycać.
mieszkanko blues
„Jazzu?” - powtarza Howard. - „Jazzu?”
Odpowiedź najwyraźniej niejasna, ale ja, ślepa, brnę w zaparte. „Armstronga? Fitzgerald?” Nic. Zmieniam tory: „Muzyki kubańskiej”. (Tak naprawdę chodzi mi o jazz afrokubański, ale coś czuję, że lepiej tego nie precyzować). Nadal żadnego błysku w oczach. Najwidoczniej Howard tylko wygląda na Latynosa. Dobra, klapa na całej lini. „Salsy”. Wykonuję charakterystyczny krok, który dla Carlosa był idealnie rozpoznawalny, ale dla Howarda najwyraźniej nie. O salsie jednak coś tam słyszał. „O jedenastej zaczynam puszczać muzykę, może coś ci puszczę” - oferuje rozbrajająco.
Ale ponieważ nie skojarzył jazzu, jego wiarygodność w moich oczach znacznie spada. Jak to, urodził się w Nowym Orleanie i nie słyszał o jazzie? Nawet o Tatku nie słyszał? (W zasadzie „Pops” nie powinno się tłumaczyć, ale jest to tak piękne, czułe i na dodatek pełne szacunku określenie dla Louisa Armstronga, że czynię wyjątek). Podłamuje mnie trochę ta przepaść między przeszłością a teraźniejszością, nie ukrywam. Z tego przygnębienia wrzucam włochaty pomarańczowy ręcznik w gęstwę czarnych T-shirtów. Co się będę bawić w subtelności! Raz kozie śmierć.
Howard chce wiedzieć, jakiej słuchamy muzyki. Zastrzela mnie trochę tym pytaniem, bo ostatni raz słyszałam je pewnie w liceum albo na początku studiów. Poza tym jestem akurat w trakcie rozważań, czy jeśli włożę jaskrawy pomarańczowy ręcznik do prania razem z czarnymi T-shirtami męża, to czy dostanie mi się za pomarańczowe kłaczki na czarnej bawełnie, czy też uratuję własną duszę. Nie lubię pytań o gusta muzyczne, ale przecież to Howard, dzięki któremu przypominam człowieka. Więc mówię grzecznie i oczywiście: „Jazzu”.
„Jazzu?” - powtarza Howard. - „Jazzu?”
Odpowiedź najwyraźniej niejasna, ale ja, ślepa, brnę w zaparte. „Armstronga? Fitzgerald?” Nic. Zmieniam tory: „Muzyki kubańskiej”. (Tak naprawdę chodzi mi o jazz afrokubański, ale coś czuję, że lepiej tego nie precyzować). Nadal żadnego błysku w oczach. Najwidoczniej Howard tylko wygląda na Latynosa. Dobra, klapa na całej lini. „Salsy”. Wykonuję charakterystyczny krok, który dla Carlosa był idealnie rozpoznawalny, ale dla Howarda najwyraźniej nie. O salsie jednak coś tam słyszał. „O jedenastej zaczynam puszczać muzykę, może coś ci puszczę” - oferuje rozbrajająco.
Ale ponieważ nie skojarzył jazzu, jego wiarygodność w moich oczach znacznie spada. Jak to, urodził się w Nowym Orleanie i nie słyszał o jazzie? Nawet o Tatku nie słyszał? (W zasadzie „Pops” nie powinno się tłumaczyć, ale jest to tak piękne, czułe i na dodatek pełne szacunku określenie dla Louisa Armstronga, że czynię wyjątek). Podłamuje mnie trochę ta przepaść między przeszłością a teraźniejszością, nie ukrywam. Z tego przygnębienia wrzucam włochaty pomarańczowy ręcznik w gęstwę czarnych T-shirtów. Co się będę bawić w subtelności! Raz kozie śmierć.
mieszkanko blues
Howard jak Duch Święty: wszechobecny i wszędobylski. Drzwi wejściowe ma zwykle otwarte na oścież, bo jego bujna, wyrazista osobowość nie zna widać żadnych granic; on (On?) żyje na całym osiedlu, nie można go zamknąć w czterech ścianach! Tak więc czy człapię do skrzynki po listy, czy do pralni z kłębami błękitnej jak Najświętsza Panienka pościeli, czy od samochodu z wiechciami jarmuża, kolendry, boćwiny i pietruszki, zawsze usłyszę donośne: „Dzień dobry, pani Karolino!!!”.
mieszkanko blues
Wchodzę sobie na nasze piętro w moich śliwkowych szpilkach, a tu Mężczyzna mnie ciągnie za nogawkę: „Przebijasz liście tymi swoimi obcasami.” Patrzę - i faktycznie, chłopak ma rację. Na każdy z długich, powleczonych aksamitem bolców nanizały się po dwa, trzy uschłe liście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


