W mieszkaniu wita mnie ziąb, stękająca lodówka i toaleta w stanie rozszumienia stałego. Nic złego się z nią nie dzieje, tylko tak sobie na jednym tonie murmurzy. Nie wiem, co mam zrobić, żeby zyskać choć chwilę względnej ciszy. W lodówce resztki, których nie zdążyłam przed wyjazdem wyrzucić. Amerykańskim sposobem w ogóle niezepsute. Sałata przyschnięta do plastikowego opakowania, groszek w puszce pomarszczony, wessany w siebie; masło nadal żółciutkie. Głupie to, ale jednak lepiej bym się poczuła na widok choćby jednego krążka pleśni. Takie zakonserwowanie na mur beton, wydaje mi się trochę upiorne.
Jak zwykle gdyby nie kalendarz, to dałabym sobie rękę uciąć, że w Polsce byłam ponad rok, a nie ledwie ponad miesiąc.
Angielskie słowa wadzą mi w buzi jak mazurski knedel wciśnięty w jadaczkę tak na jeden chaps. Samogłoski wybrzmiewają pod dźwiękiem, nie jak w głowie. Łapię się na ciągłych fałszach. Zapominam kolejnych warstw smalltalku: How are you? How have you been? What did I miss? Been a long time! My, but you look nice! So what’s new? Cold, isn’t it? Utykam gdzieś na wysokości pierwszego zwrotu i nie pamiętam, jak ciągnąć tę spiralę dalej, aby wreszcie po kilkunastu oględnych zakrętach zbliżyć się do żywego mięsa.