Przyciągnął mnie tytuł. Do teraz nie wiem, czy „wszystkie dzieci ciotki Hagar” to idiom powszechnie na Południu znany, czy też jest to po prostu barwne określenie należące do idiolektu cioci Penny, jednej z postaci opisywanych przez Jonesa. Tak czy inaczej, powinno dać do myślenia, że dla rozmówców Penny znaczenie tej frazy jest oczywiste. Motywy biblijne są na Południu przejrzyste nawet dla niepraktykujących. „Dzieci ciotki Hagar”: dzieci tej gorszej, dzieci niewolnicy. Oczywiście, są traktowane jednakowo. Oczywiście, nie mogą się równać z tym obiecanym, wyczekiwanym synem prawowitej żony. Oczywiście, gdy sięgną po to, co nie dla nich, prosto z przyjęcia zostaną wygnane na pustynię z jednym bukłakiem wody. Aksjomaty.
literatura amerykańska
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
Najpierw lata całe słyszymy od rodziców i mentorów, że „możemy wszystko” i z rozłożonej talii kart, jaką oferuje nam życie, możemy naprawdę wybrać każdą kartę, nawet kilka równocześnie! To jest fajny okres. Potem ani się oglądamy, a nadchodzi taki moment, gdy czas pewne opcje na amen przyklepuje. Pewne perspektywy przeterminowywują się bardzo szybko i w sposób oczywisty (nie zostanę baletmistrzem), inne – wolno i subtelnie. Teoretycznie mogę jeszcze zostać neurochirurgiem, internistą albo antropologiem sądowym: co to dla mnie! Prawdopodobnie jednak, rozwijając się w moim obecnym zawodzie i zbierając lata doświadczenia, nie starczy mi już godzin dnia ani pamięci operacyjnej na karierę na równoległym poziomie: pewien pociąg odjechał. Urok rzeczywistości złożonej z opcji binarnych.
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
Teksaskie skarby
Ostatnia dekada XIX w. została ochrzczona epoką „gejowską”. Oczywiście, jest to tylko taki semantyczny smaczek, bo na początku XX w. przymiotnik „gay” nie miał w języku angielskim żadnych homoseksualnych konotacji; oznaczał po prostu beztroskę, radość i ogólne zadowolenie z życia. W rzeczywistości jednak schyłek XIX w. mało miał wspólnego z beztroską, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Zmagania gospodarcze, kształtowanie się granic zachodnich terytoriów, wielokrotne strajki robotnicze, niektóre krwawe, inne zakończone skutkiem wręcz odwrotnym do zamierzonego. Ostatnie zrywy niepodległościowe amerykańskich Indian, gorączka złota w Klondike i apogeum kolei, choć pojawiły się już pierwsze automobile, a także – uwaga – skromny rower. Beztroska, okres niewinności i raj utracony? Być może, zwłaszcza z perspektywy XX w. Horror I wojny światowej uczynił wszystkie poprzednie zmagania banalnymi, a czas zrobił swoje: przeszłość zawsze ładniej wychodzi na zdjęciach.
Teksaski Paszport
No wreszcie! Na ten temat ostrzyłam sobie zęby (sic!) już od dawna, tylko nigdy nie mogłam się zdecydować, od jakiej strony go ugryźć :)
A teraz nadarza się świetna okazja, bo za każdym razem, gdy przyjeżdżam z powrotem do Teksasu, odkrywam tutejszą kuchnię na nowo. Zabawne jest to, że zmieniając kontynent, z dnia na dzień praktycznie zaczynam jeść zupełnie inaczej. (Poza owsianką. Dzień bez owsianki na śniadanie to dzień na opak. Lepiej więc nie kusić licha). Chociaż w Polsce można obecnie dostać wiele produktów dostępnych w Teksasie, to i tak niektóre potrawy pozostają niezastąpione. W Polsce zwłaszcza brakuje mi cudownie dojrzałych awokado, taniutkich batatów, świeżej kolendry na zawołanie, zatrzęsienia różnorodnej zieleniny, a także… całej alejki pełnej puszek z gotowaną fasolą (czarna! biała! masłowa! nakrapiana! z oczkiem! adzuki! szparagowa! cieciorka! w sosie! w innym sosie! w jeszcze innym sosie! z bekonem! bez soli! organiczna! Mała rzecz, a niesamowicie ułatwia przygotowywanie wszelkich potraw, bo nie trzeba się bawić w żmudne namaczanie i kilkugodzinne gotowanie fasoli, w moim przypadku zawsze połączone z wielkim kipieniem i obsmarowaniem całego garnka).
Teksaski Paszport
Największą klęską żywiołową w dziejach Stanów Zjednoczonych nie była Katrina, lecz bezimienny huragan nazywany przez Teksańczyków po prostu „wielkim sztormem 1900 roku”. Życie straciło przynajmniej 6 tys. ludzi; niektóre źródła podają dwa razy tyle. Huragan zniszczył niemal doszczętnie przepiękny port Galveston, ówczesnego tygrysa Zatoki Meksykańskiej, którego główna ulica nosiła nawet kiedyś dumną nazwę Wall Streetu Południa. Miasto z czasem odbudowano. Leży około czterdziestu minut drogi od Houston i w sezonie letnim pełni rolę ośrodka wypoczynkowego dla okolicznych wczasowiczów. Rozwija się prężnie. Zwłaszcza od 2008 r., kiedy do miasta zaczęły wpływać niemałe środki z pomocy federalnej i z prywatnych kieszeni charytatywnych – po zniszczeniach zadanych przez huragan Ike, który podwoił liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego w nadbrzeżnych teksaskich hrabstwach. Mieszkańcy Galveston wyczekują kolejnego huraganu. Taki wielki zdarza się średnio raz na 15 lat. Czyli to tylko kwestia czasu, kiedy coś znowu łupnie.
Po upartej złej passie wyczerpujących wiadomości i przeżyć, podładowuję się pozytywnie. Dziś temat dla niektórych być może trochę egzotyczny, ale dla Teksańczyków jak najbardziej realny!
![]() |
| Widok na zalane Galveston. Architektura charakterystyczna dla nadwodnych domów. By USAF Sgt. James L. Harper {{PD}} via Wikimedia Commons |
mieszkanko blues
Jeśli rezygnacja to pierwszy stopień do szczęścia, to jestem niemal w połowie.
Wpuszczono mnie do kraju bez problemów, jedynie z upomnieniem, że coś tam, i następnym razem mam załatwić jakieś niesamowicie ważne dokumenty, bo coś tam. Znając życie, będzie to kolejny kwadratowy przepis, który nie przewidział mojego rozwartokątnego życia. Ale czym mam się martwić dziś, będę się martwić dopiero za jakieś trzy-cztery miesiące, więc mam mnóstwo czasu swawolnego. Już drugiego dnia byłam w moim ulubionym sklepie indyjskim, narkotyzując się cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Zdecydowanie są takie przyjemności, które pomagają mi przełknąć tę amerykańską pigułkę goryczy.
Wpuszczono mnie do kraju bez problemów, jedynie z upomnieniem, że coś tam, i następnym razem mam załatwić jakieś niesamowicie ważne dokumenty, bo coś tam. Znając życie, będzie to kolejny kwadratowy przepis, który nie przewidział mojego rozwartokątnego życia. Ale czym mam się martwić dziś, będę się martwić dopiero za jakieś trzy-cztery miesiące, więc mam mnóstwo czasu swawolnego. Już drugiego dnia byłam w moim ulubionym sklepie indyjskim, narkotyzując się cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Zdecydowanie są takie przyjemności, które pomagają mi przełknąć tę amerykańską pigułkę goryczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


