dlaczego tu jestem?

poniedziałek, 20 października 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam ja (vel Siostra).

Dlaczego tu jestem?

Na załączonym obrazku widać przecież, że bida z nędzą. Timô se siednie, nóżki wyciągnie, fotkę pstryknie i od razu jest ładnie i ach, bo góry ma. U mnie, gdybym przesunęła telefon wyżej, to zacząłby się parking, zapyziałe osiedle i droga, której nawierzchnię niedawno zaczęto naprawiać. Znaczy się, odgrodzono fałatek i wykopano trzy kratery. Też więc zaczęłam mieć góry, w zasadzie. Góry gruzu. Na horyzoncie natomiast supermarkety-molochy, smoki bez powiek, takie, co nigdy nie zasypiają. Po widoki wątpliwych wieżowców trzeba czterdzieści pięć minut jechać do centrum. Aktualnie więc moje cekinkowe laczki i cienie rzucane przez balustradę to najpiękniejszy widok w okolicy.

Dlaczego więc tu jestem?

Wczoraj znów pykam moje trzysta sześćdziesiąt kilometrów z San Antonio do Houston. Tym razem droga pochłania trzy czwarte baku zamiast jednej trzeciej, bo trafiam na potężnie wietrzny dzień. Wyje tak, że ledwo słyszę Ala Jarreau w głośnikach. Kierownica drga mi niepewnie, muszę kontrolować ją obiema rękami, przez cały czas świadomie wbijać cielsko samochodu w solidną ścianę wiatru.
Na dodatek mój GPS trzy razy każe mi skręcać tam, gdzie nie trzeba. Pod wiaduktem przynajmniej tak nie wieje, ale z irytacji włoski stają mi dęba na karku. Trzy razy robię zgrabną pętlę i znów steruję pickupa na otwartą przestrzeń autostrady, dziobem pod wietrzny prąd. Kierownica drży.

Gdyby nie ta emigracja, człowiek mógłby być już dalej, i to bez takiego wysiłku. Ten wiatr prosto na maskę, ten szum monotonny, głuszący piękno mojego jazzu, łamiący mi wolę. Naciskam pedał gazu, a silnik tylko mruczy pode mną tępo i beznamiętnie. Przypomina mi się wiersz Mariusza Sobańskiego z Light Coorporation: „Co się stanie z czasem / który tu zostawię / Kto w nieskoszonych trawach / dawne ścieżki odnajdzie...” W innym wierszu Mariusz zasysa czas do butelek. „Przysypane samotnością piwnic / w tajemnicy przed wszechświatem / przechowują mój czas.”

(W tłumacza wżera się to, co tłumaczy. Chyba na zawsze. Co i rusz odkrywa w sobie obce pytania z własną twarzą).

Wczoraj usłyszałam od Mężczyzny: „Jeśli dożyję osiemdziesiątki, to wiesz, ile jeszcze nam zostało wspólnych wieczorów? Trzynaście tysięcy.”

Siniak na sercu, bo to strasznie mało. Następnego dnia liczę sama, bo Mężczyźnie wypadnie czasem rok czy dwa. Wychodzi mi jeszcze mniej: dwanaście tysięcy czterysta dziesięć. A przecież ile z tego wypada na jakieś odgórne zapętlenia.

Odnajduję moją dwupasmówkę i GPS wreszcie wydaje się być usatysfakcjonowany. Odprężam się. Przyzwyczajam się do oporu, do natężenia świadomości. Monotonny szum nawija mi się na szpule mózgu, jak długa wąska taśma. Kiedyś takie były. Teraz głównie cedeki. Ja jeszcze te taśmy pamiętam, jak łatwo można je było ołówkiem zdezelować i naprawić. Nie wszystko da się tak z powrotem na szpulę naciągnąć.

Szum wiatru mnie odurza. Ciało ludzkie jest rytmiczne; podobno gdy dwie osoby leżą obok siebie, ich serca się synchronizują. I mi też krew zaczyna szumieć w żyłach i głowie jak ten wiatr, który nieskończenie stawia mi opór.

Dlaczego tu jestem? Z czystego egoizmu. Chciałam zdobyć sobie trochę czasu, żeby go w piwnicy zawekować. Przechować w szkle nasze spojrzenia, godziny spędzone razem, słowa pożywne jak zimowe przetwory z malinami.

Poza tym, im dłużej tak podróżuję, tym wyraźniej czuję, że opór mam po prostu we krwi.

[Fragmenty poezji Mariusza Sobańskiego wykorzystano za zezwoleniem. Z tego samego cyklu pochodzi także genialny obraz wekowania naszego czasu].
Share /

5 komentarzy

  1. Odp owprzedniego wpisu zastanawiam się chwilami, dlaczego tutaj jestem... a, bo życie mnie tu akurat sprowadziło. Emocje, które się potem popsuły, ale bardziej potem się naprawiły. Nie myślę ani ciut o innym miejscu, bom leń, bo tyle już lat tu minęło, bo "bloom where you are planted" i w sumie mi tu dobrze. Zadaję sobie pytanie, czy to bierność - może i tak, ale ze względu na ograniczoną ilość czasu w życiu nie miałoby sensu poświęcanie jego sporej ilości na niekonieczne zmiany po to tylko, żeby przypadkiem nie być bierną.
    Co się zaś tyczy tłumaczenia - całkowicie się zgadzam z tym wżeraniem, szczególnie jeśli człek przywiązany jest do tematu albo autora, albo i tego, i tego. I chlipnąć można nad którymś paragrafem, i nosić w sobie zdanie przez długi czas, szukając lepszego słowa dla oddania czegoś tam. Widzę to jako maszynę do pisania, gdzie przesuwa się taśma z tuszem i łup, łup, wybijają się słowa. I zostają, chociaż potem taśma jedzie w drugą stronę i nadpisują się nowe litery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Cię Kasiu :) Świetnie to ujęłaś z tą biernością. W gorsze dni też się czasem zastanawiam, czy nie powinnam się asertywnie okoniem postawić i zawojować jakąś wielką przeprowadzkę. Tyle się słyszy o tym, że życie to 10% tego, co nam się przytrafia, a 90% naszych reakcji - w teorii, a w praktyce, no właśnie... czasem rozsądniej jest owinąć się wokół okoliczności niż jakoś tam zawzięcie wierzgać i tupać. Chyba nie bierność, tylko umiejętność odnalezienia własnego środka.

      Fajny obraz z tą maszyną do pisania. Najlepsze to to, że w pewnym momencie wszystkie te nadruki nagle się potrafią idealnie rozwarstwić i okazuje się, że nieważne, ile czasu upłynęło, nadal pamiętamy wszystko jak dziś. Dzięki za komentarz. Pozdrawiam bardzo ciepło z Tx.

      Usuń
  2. a ja twierdzę, że to śliczne stópki przyciągają wzrok a nie balustrada ... sprawa jest prosta ..jesteśmy tak gdzie jest uczucie i bliskość .. wszystko inne jest drugorzędne i nawet najfajniejsze miejsce w CA by się wydawało, że nic tam nie ma ... doświadczyłem tego i to wiem na pewno . :^)
    .. oczywiście jestem troszkę z innej bajki bo mi się tu całkiem podoba co nie znaczy że nie widzę dużo cieni ale jest i wiele blasków ...niemniej tęsknię za Waw/Krk Tatrami i Bieszczadami .. żadnie inne europejskie miasto mnie nie kręci .. mieszkałem lata w LON i znam i blaski i cienie tam też ... kiedyś marzyłem by przez jakiś czas zamieszkać gdzieś w Azji pld-wsch ale teraz już nie wystarczy że tam wędruję od czasu do czasu

    ... dobrych wiatrów na I-10 :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Jesteśmy tam gdzie jest uczucie i bliskość" - no dokładnie, fajnie to wyraziłeś... To mnie ratuje. Chociaż być może moje wrażenia z Ameryki byłyby trochę inne, gdybyśmy osiedli w innym miejscu. Mam bardzo miłe wspomnienia z Seattle, to chyba moje ulubione amerykańskie miasto. Bardzo lubię też Nowy Orlean, ale chyba zamieszkanie tam to jak ładowanie się w mocno dysfunkcyjną relację: nigdy nie wiadomo, czy się wszystkiego nie straci. Mimo to mam słabość do tego miejsca, kolonialna architektura przypomina mi Salwador z mojej ukochanej Brazylii.

      Do Bieszczad również tęsknię... ale w Warszawie już wkrótce będę i już nie mogę się doczekać świąt!!!

      Dzięki, że zajrzałeś do mnie, Piotrze... pozdrawiam Cię serdecznie! (Z klimatów azjatyckich mam Wietnam na swojej liście... koniecznie muszę tam zajrzeć!).

      Usuń
    2. i ja lubię NO ... może troszkę dalej od Bourbon St :^) .. a zach wybrzeże to było kiedyś moje marzenie Seattle czy Portland czy SF to taka moja bajka by była.. ale lubię dynamizm Austin i niebieskie niebo :^) też .. terazjuż spoglądam na powrót do PL by zająć się Rodzicami ale już zawsze będę i tu i tam :^) .. koniecznie musze zobaczyć Salwador .. jest na liście na przyszły rok :^) .
      pozdrawiam bardzo ciepło :^)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo